Jerzy Urban, redaktor naczelny "Nie"
Jerzy Urban, redaktor naczelny "Nie".
Przed laty, w powszechnie dziś zapomnianym tekście w "Szpilkach" z 22 marca
1981 r. z jednej strony akcentował, że faktycznie nie czuje się Żydem,
stwierdzając w typowej dlań stylistyce: (...)
Moje żydowskie pochodzenie zwisa mi
między nogami małą nie obrzezaną glistą
(...). Równocześnie zaznaczał,
że traktuje swoją "polskość" jako przynależność do pewnego klubu z mocy
urodzenia, paszportu, miejsca zamieszkania czy języka, bez odczuwania
jakichś większych zbiorowych narodowych emocji. Tu mocno podkreślał, że:
nieprzylepność do polsko-katolickich tradycji boojczyźnianych,
asymilacja kulturalna raczej od strony Brzozowskiego czy Boya, a nie
innych infantylnych wieszczów: Konopnickiej i Sienkiewicza, czyni mnie
takim, jakim jestem. Właśnie takim na przykład, że nic mnie nie obejdą
listy, które przyjdą: "Toś pan właśnie nie Polak, bo Polak łamie się
opłatkiem i płacze jak grają Rotę". Po prostu jestem głuchy na dźwięk tego
języka, podobnie jak kanarek na godowe ryki jelenia.
W czasie ponad ćwierćwiecza,
jakie upłynęłp od tego wyznania, Urban bardzo wyraźnie dowiódł, że
rzeczywiście jest głuchy jak spróchniały pień na wszelkie uczucia polskości,
czy przeżycia religijne, przeciwnie wręcz marzy tylko o tym, jak je zohydzić
i poniżyć. Brukowa pornografia "Nie" szczególnie często uderza w rzeczy
drogie Polakom i ludziom wierzącym. Przyznawano to nawet w "Gazecie
Wyborczej" z 22 maja 1991, cytując zwroty z "Nie" w stylu: To Piłsudski
natchnął nas cipą, czy opisując jak to wizerunek Matki Boskiej
Częstochowskiej sąsiadował w "Nie" o 10 centymetrów z ilustracją
przedstawiającą sztuczne penisy. Kiedy indziej Urban popisał się zwrotem
pieprzona Polska, a prokurator umorzyła śledztwo w tej sprawie, nie
widząc w tego typu zwrocie "ustawowych znamion czynu niedozwolonego" (por.
H.Pająk: Urbana "Nie" w wojnie z Kościołem katolickim, Lublin 1993,
s. 59-61).
W marcu 1993 Urban uczcił 40 rocznicę
śmierci wielkiego ludobójcy Josifa Wissarionowicza Stalina, publikując w
rosyjskich "Nowoje Eremia" (nr 10 z 1953) artykuł przedstawiający Stalina
jako faktycznego dobroczyńcę Polski i Polaków.
Pisał, że przestępstwa polskiego stalinizmu miały ograniczony charakter,
natomiast w owych czasach biedniejsze warstwy ludności otrzymały szanse
socjalnego awansu, co później stworzyło impuls do powstania "Solidarności" i
w następstwie ekonomicznego i politycznego przewrotu w Polsce lat 90. To
Stalin faktycznie zbliżył Polskę do Europy, przesuwając geograficzne granice
Rzeczypospolitej ze wschodu na zachód, dzięki czemu do czasu tych działań
Stalina sięgają korzenie "obecnej integracji Polski z Europą". Tego typu
"rewelacyjne" przesłanie adresował Urban do rosyjskich czytelników, wśród
których, jak wiemy, bardzo duże wpływy ma ciągle propaganda poststalinowców,
akcentująca przeróżne "dobrodziejstwa" Stalina dla Rosji i jej sąsiadów.
Andrzej Kern skomentował powyższy artykuł Urbana w rosyjskiej prasie
jako głos wyrządzający niewyobrażalne wręcz szkody interesom polskiej racji
stanu, akcentując: Czytając te słowa nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że
słyszę jakiś szatański chichot unoszący się nad mogiłami pomordowanych
Polaków (zwłaszcza Sybiraków i Kresowiaków), rozrzuconymi po całym obszarze
byłego Związku Radzieckiego, że mogiły te w sposób bezczelny i brutalny
zbezczeszczono. Nie mogłem oprzeć się uczuciu zawstydzenia, bo na moich
oczach próbuje się deprecjonować wartość cierpień tych, którzy przeżyli
piekło stalinowskich łagrów i ubeckich kazamatów (...) (A.Kern:
Szatański chichot, "Słowo-Dziennik Katolicki", 22 marca 1993).
Kiedy Jerzy Urban skierował
pozew przeciw prof. Ryszardowi Benderowi za to, że ten nazwał go
"Goebbelsem okresu stanu wojennego", Bender wyjaśniał, że Urban nie powinien
obrażać się za porównanie go z Goebbelsem; ten przynajmniej nie szkalował
własnego narodu jak Urban (...) (cyt. za "Nowy ¦wiat" z 18 sierpnia
1992). Uważna lektura tekstów redagowanego przez Urbana brukowca dowodzi, że
atakom na polskość i katolicyzm towarzyszy wybranianie różnych filosemickich
racji i próby ośmieszenia ich krytyków. Wyraźnie widać to na przykład w
sposobie przedstawiania w "Nie" żydowskich roszczeń do mienia w Polsce, a
ostatnio w reakcjach na prawdę o kulisach tzw. pogromu kieleckiego z 4 lipca
1946. W "Nie" kilkakrotnie w ogromniastych artykułach wyszydzano wersję
Kąkolewskiego o prowokacji NKWD i UB (por. np. teksty Michaela Szota: Kto
odżydził Kielce ["Nie", nr 10 1995], Jak Żydy na złość gojom same się
wyrżnęły ["Nie", nr 27 z 1996 r.], Wrzód na polskiej dupie
["Nie", nr 28, 1996]).
Powie mi ktoś, że niepotrzebnie
poświęciłem aż tyle miejsca na prezentację poglądów cuchnących na odległość,
poglądów osobnika, który sam nazywa się "renomowanym chamem" ("Polityka" z
30 kwietnia 1994), a na przykład od Macieja Iłowieckiego zyskał wdzięczny
przydomek "łachudra".
Fakty jednak dowodzą, że Urban jest
faktycznym mózgiem SdRP, kształtującym całą jej strategię w obliczu bardzo
miałkiego i nieporadnego intelektualnie Aleksandra Kwaśniewskiego.
Jego tygodnik "Nie" za zasłoną z
przekleństw i inwektyw ustala strategię dla setek tysięcy starego
post-PZPR-owskiego betonu, setek tysięcy antyPolaków, wyzutych z
jakiegokolwiek poczucia wartości i przyzwoitości.
Urban daje im sygnały kogo zwalczać,
zarówno ze strony prawicy, jak i PSL (bardzo częste ataki i próby
skompromitowania chłopskiego "koalicyjnego sojusznika" na łamach "Nie").
"NASZA POLSKA" NR 33/1996