Bezduszna technika i biznes

Prof. dr hab. n. med. Ludwika Sadowska, kierownik Samodzielnej Pracowni Rehabilitacji Rozwojowej w Katedrze Fizjoterapii Akademii Medycznej we Wrocławiu, prezes Oddziału Dolnośląskiego Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich (KSLP
Procedury sztucznego zapłodnienia, popularnie zwane in vitro, niosą ze sobą szereg poważnych zastrzeżeń natury moralnej i zdrowotnej, a mimo to w Polsce rozgorzały dyskusje nad możliwością refundowania tej procedury przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Zainteresowanie in vitro staje się coraz większe, gdyż wielkie jest pragnienie posiadania dziecka u bezpłodnych małżonków. Towarzyszy temu jednak bezkrytyczna i bezrefleksyjna wiara w postęp techniczny współczesnej medycyny, na czym zbijają potężny kapitał ośrodki zajmujące się sprzedażą tego rodzaju usług.)
Pragnienie dziecka ze strony małżonków jest czymś naturalnym, ponieważ wyraża powołanie do macierzyństwa i ojcostwa, które małżonkowie realizują w procesie prokreacji, czyli przekazywania życia, współpracując z Panem Bogiem - Dawcą Życia. Nie zawsze rodzice są w stanie zrodzić potomstwo, szczególnie wtedy, gdy doświadczają niepłodności małżeńskiej. Niepłodność jest stanem, w którym po roku regularnego współżycia płciowego bez stosowania środków ograniczających płodność nie dochodzi do poczęcia dziecka. Nie znaczy to, że para nie może począć dziecka, ale jest to sygnał, jak mówi profesor Bogdan Chazan - ginekolog położnik z Warszawy, że należy rozpocząć postępowanie lekarskie w celu wyjaśnienia przyczyny tego stanu, aby określić czynniki ryzyka, które sprzyjają "epidemii niepłodności".
Czy niepłodne pary małżeńskie mogą skorzystać z technik wspomaganej prokreacji (ART), które cechują się inwazyjnością, jednak nie leczą niepłodności, a stanowią jedynie obejście tego problemu?
Procedury sztucznego zapłodnienia, popularnie zwane in vitro, niosą ze sobą szereg poważnych zastrzeżeń natury moralnej, a mianowicie:
1. In vitro godzi w poszanowanie embrionu ludzkiego - człowieka na wczesnym etapie życia, pomijając w akcie "stwórczym" wolę Dawcy Życia, który jest jakby "zmuszony" przez człowieka do działania. To człowiek - lekarz w laboratorium, ustawia się w pozycji dawcy życia.
2. Akt małżeński - jedyne miejsce, w którym powinno poczynać się życie ludzkie, jest w przypadku in vitro całkowicie zignorowane.
3. Dochodzi do przestępstwa względem powołanych do życia embrionów nadliczbowych, które są zamrażane wbrew sobie. Nikt bowiem nie może zapytać człowieka w fazie embrionalnej, czy życzy on sobie być poddanym eksperymentowi medycznemu. Nie znamy przyszłości tych embrionów. Nie wiemy, czy pozwoli się im umrzeć, czy kiedykolwiek będą miały szansę rozwinąć swe życie i spełnić własne powołanie.
4. Procedury in vitro niosą ze sobą szereg niebezpiecznych powikłań dla zdrowia rodziców i poczętych w ten sposób dzieci. Eksperymenty nie mają na celu leczenia podmiotu, a to jest sprzeczne z kodeksem etyki lekarskiej i niezgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego.
Istnieje pilna potrzeba rozpowszechnienia wśród lekarzy rzetelnych badań naukowych, wskazujących na ryzyko zdrowotne populacji związane z rozpowszechnieniem metod wspomaganej prokreacji. Stosowanie tych technik charakteryzuje się wysokim procentem niepowodzeń. Dotyczy to zarówno samego momentu zapłodnienia, jak też następnej fazy rozwoju embrionu wystawionego na ryzyko rychłej śmierci. Tylko 15-20 proc. par, które poddały się takiej procedurze, zostanie rodzicami. Prowadzone od połowy lat 70. eksperymenty z przeniesieniem embrionu do macicy kończyły się ciążą pozamaciczną i dopiero w 1978 r. narodziło się pierwsze dziecko z probówki - Louise Brown. Następnym sukcesem w rozwoju techniki było opracowanie hormonalnej stymulacji jajników i uzyskanie do zapłodnienia wielu komórek płciowych jednocześnie, co zwiększyło liczbę udanych ciąż. Z tego wynikła konieczność zamrażania tak uzyskanych dodatkowo embrionów. Nie jest znana liczba uzyskanych embrionów, które są przechowywane w niekorzystnym środowisku in vitro. Szacuje się, że tylko w samych Stanach Zjednoczonych zamrożonych jest ponad milion embrionów. Jednak zaledwie 50 proc. przeżywa rozmrażanie, a z tych, które przeżyją, mniej niż 20 proc. rozwija się w udanej ciąży. Często nadliczbowe embriony są zabijane lub wykorzystywane do hodowli tkanek, rzekomo służących postępowi nauki i medycyny, a w rzeczywistości redukujących życie ludzkie jedynie do roli materiału biologicznego, którym można swobodnie dysponować.
Metaanaliza 15 niezależnych badań naukowych, przeprowadzona przez amerykańskich naukowców, wykazała 2-krotnie większą śmiertelność noworodków i 30-40-procentowe ryzyko występowania wad wrodzonych u dzieci poczętych w wyniku in vitro niż poczętych w sposób naturalny. Ponadto 51,3 proc. dzieci poczętych w wyniku in vitro rodzi się z ciąży mnogiej, 2-krotnie częściej występuje ciąża ektopiczna i 6-krotnie częściej występuje łożysko przodujące.
Obserwacje dzieci urodzonych w wyniku wykorzystania procedury in vitro wykazały 2,6-krotny wzrost ryzyka urodzenia dziecka z niską masą ciała i o 60 proc. większe ryzyko uszkodzenia mózgu w postaci porażenia mózgowego, zaś dla embrionów rozmrażanych aż 230 procent. Gorszy jest także rozwój fizyczny dzieci poczętych in vitro oraz częściej występują u nich trudności wychowawcze.
Szacuje się, że na świecie żyje około 2 milionów dzieci poczętych in vitro, które znajdują się w przedziale wiekowym do 5. roku życia, w tym wiele z nich zostało poczętych z użyciem komórek jajowych dawcy w wyniku "technicznego cudzołóstwa".
Ryzyko zdrowotne populacji kobiet poddających się metodom sztucznego wspomagania prokreacji nie jest do końca określone. Wiadomo na podstawie analizy przeprowadzonej w wielu ośrodkach europejskich i w USA, że pojawiają się powikłania w postaci zaburzeń wynikających z hormonalnej stymulacji jajeczkowania, że wzrasta liczba ciąż mnogich, wzrasta liczba cięć cesarskich, u ponad 40 proc. kobiet poddających się tym procedurom pojawiają się zaburzenia emocjonalne i psychiczne, podobne jak w zespołach poaborcyjnych.
W Polsce istnieje 18 ośrodków wykonujących procedury in vitro, które nie są kontrolowane pod względem naukowo-badawczym ani finansowym ze względu na brak regulacji prawnych. Nie istnieje także rzetelna informacja o zagrożeniach zdrowotnych populacji matek i dzieci tak poczętych, ponieważ nie istnieje ich rejestracja, gdyż rodzice nie wyrażają na to zgody. Co więcej, dyskutuje się nawet nad możliwością refundowania tej procedury przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Zainteresowanie in vitro staje się coraz większe, gdyż wielkie jest pragnienie posiadania dziecka u bezpłodnych małżonków, a także bezkrytyczna i bezrefleksyjna wiara w postęp techniczny współczesnej medycyny, wreszcie jest to ogromne źródło dochodu i związany z tym marketing sprzedawanych usług. Po prostu chodzi tu o wielki biznes, który w tym wypadku rozmija się ze wszystkimi zasadami etyki w ogólnoludzkim postępowaniu.
W obliczu tych ogromnych wątpliwości i zastrzeżeń natury moralnej jedynym logicznym i uprawnionym rozwiązaniem jest odmowa legalizacji i refundacji ze środków publicznych tych procedur.
Niepłodność - dziecko dobrobytu
Maciej Barczentewicz, lekarz ginekolog położnik
Niepłodność małżeńska w cywilizacyjnie rozwiniętych krajach "pierwszego" świata staje się coraz większym problemem. Intensywny rozwój technologii z jednej strony, a z drugiej niepowodzenia w leczeniu niepłodności doprowadziły do powstania Medycyny Rozrodu Wspomaganego (ART). Techniki te podejmują próbę zastąpienia normalnej drogi przekazywania życia ludzkiego w akcie małżeńskim metodami stosowanymi dla rozrodu hodowlanego zwierząt. Konsekwencje tego rodzaju praktyk mogą być bardzo groźne dla zdrowia matki i poczętego w ten sposób dziecka.
Zjawisko niepłodności małżeńskiej, jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku, dotyczyło około 10 proc. małżeństw, w latach 80. mówiło się o 15 proc., a dzisiaj możemy mówić już nawet o 20 proc., z ciągłą tendencją wzrostową. Problem niepłodności może mieć swoją przyczynę w schorzeniach zarówno kobiecych, jak i męskich (po 50 proc.), natomiast w mniej więcej 15 proc. przypadków niepłodność uwarunkowana jest zaburzeniami zdrowia obojga małżonków. Bardzo charakterystyczna dla naszych czasów jest ciągła zmienność w zakresie norm płodności, np. dla badania nasienia: w latach 50. normą było 60 mln plemników w 1ml nasienia, a dzisiaj za normę WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) przyjmuje 20 mln plemników w 1 ml nasienia. Skąd taki dramatyczny spadek? Na pewno niepłodność należy uznać za chorobę cywilizacyjną, związaną z postępem technicznym, lepszymi warunkami życia i dobrobytem społeczeństwa.
W sytuacji leczenia niepłodności bardzo istotny jest wiek małżonków zgłaszających się do leczenia. W dzisiejszych czasach małżeństwa zawierane są coraz później i już na starcie fakt ten staje się czynnikiem obciążającym. Często również odsuwa się decyzję o rodzicielstwie do momentu zdobycia "środków do życia", mieszkania itp. Tymczasem wiek poniżej 25. roku życia jest najbardziej optymalny dla pierwszej ciąży, nie tylko ze względu na najwyższą płodność, ale też z uwagi na późniejsze ryzyko wystąpienia raka piersi, raka trzonu macicy czy raka jajnika. Nasze wybory życiowe skutkują konsekwencjami zdrowotnymi. Biologii nie da się "przeskoczyć".
W przypadku trudności z poczęciem dziecka najistotniejsze jest postawienie rozpoznania. Przy znanej przyczynie niepłodności podejmujemy leczenie przyczynowe. W niewielkiej ilości przypadków, kiedy w grę wchodzą wady wrodzone lub defekty genetyczne, leczenie nie jest możliwe. W pozostałych przypadkach można zastosować leczenie farmakologiczne, np. indukcję owulacji, leczenie hormonalne. W przypadku zrostów, niedrożności jajowodów, endometriozy skuteczne jest leczenie chirurgiczne - laparoskopowe i klasyczne. Istnieje również kategoria niepłodności idiopatycznej, czyli o nieznanej przyczynie - ok. 15 proc. przypadków. Prawidłowo i kompleksowo prowadzona diagnostyka oraz leczenie (np. wg schematu NaPro Technology Creighton) może tę kategorię zmniejszyć do ok. 5 procent.
Techniki Wspomaganego Rozrodu (ART)
Intensywny rozwój technologii z jednej strony, a z drugiej niepowodzenia w leczeniu niepłodności doprowadziły do powstania Medycyny Rozrodu Wspomaganego (ART - Assisted Reproductive Techniques). Techniki te podejmują próbę zastąpienia normalnej drogi przekazywania życia ludzkiego w akcie małżeńskim metodami stosowanymi dla rozrodu hodowlanego, podejmowanymi przez zootechników w produkcji zwierząt. Człowiek technik zastępuje tu małżeństwo i Pana Boga w przekazywaniu życia. Dotyka "drzewa życia", przeciwstawiając się elementarnemu przykazaniu Boga. Człowiek, który zerwał owoc poznania, chce sam decydować o tym, co dla niego jest dobre także w zakresie przekazywania życia, w dziedzinie najbardziej delikatnej.
Sztuczna inseminacja (IUI/AID)
Pierwszą z metod, najprostszą, jest sztuczna inseminacja domaciczna nasieniem męża (IUI) lub dawcy (AID). Nasienie pobierane jest na drodze masturbacji, w warunkach urągających godności, często w pomieszczeniu wyłożonym pismami pornograficznymi. Wybrane z ejakulatu, poprzez selekcję i płukanie, plemniki podaje się poprzez szyjkę bezpośrednio do jamy macicy. Jeżeli prowadzący leczenie uzna, że nasienie nie spełnia wymagań jakościowych, proponuje się inseminację nasieniem dawcy - obcego mężczyzny, według wybranych cech. W Stanach Zjednoczonych koszt zabiegu zależy np. od IQ (współczynnika inteligencji) dawcy, a najdroższe są te z użyciem spermy doktorów uniwersyteckich (PhD).
W oczywisty sposób zakłada to pozamałżeńskie pochodzenie dziecka, ze wszystkimi konsekwencjami. Zabezpieczając instynkt macierzyński kobiety, mąż jest rodzicem adopcyjnym. Dawcy spermy spełniają rolę wysokiej jakości hodowlanych samców rozpłodowych z certyfikatem, tak jak rasowe ogiery. Następuje uprzedmiotowienie przekazywania życia, sprowadzenie go do rozrodu, hodowli. W jednym ze słynnych szpitali warszawskich od wielu lat inseminacją zajmuje się lekarz weterynarii. W ten sposób uniemożliwia się dziecku poznanie swojej prawdziwej tożsamości, również tej genetycznej. Po latach może dojść do związku kazirodczego, jeśli zupełnie o tym nie wiedząc, spotka się rodzeństwo - z jednego dawcy spermy.
Zapłodnienie pozaustrojowe
Komórki rozrodcze pobiera się zarówno od kobiety (komórki jajowe), jak i od mężczyzny (plemniki). Aby uzyskać najlepsze rezultaty, w przypadku kobiety stosuje się hormonalną stymulację owulacji, co pozwala na wzrost kilku lub kilkunastu pęcherzyków jajnikowych w jednym cyklu. Hyperstymulacja może prowadzić do powikłań groźnych dla życia - tzw. zespołu hyperstymulacji. Udowodniono, że stosowanie leków do stymulacji jajeczkowania w procedurach ART zwiększa ryzyko wystąpienia raka jajnika i raka trzonu macicy. Szczególnie dotyczy to kobiet z wielokrotnie powtarzaną procedurą, najczęściej bez powodzenia w uzyskaniu dziecka. Cykle indukowane związane są najczęściej z niewydolnością ciałka żółtego, stąd równoczesna suplementacja progesteronowa. Pamiętajmy, że jeżeli skuteczność może osiągnąć 40 proc., to znaczy, że 60 proc. nie uzyska spodziewanego rezultatu. Niektóre z polskich ośrodków mogą pochwalić się tylko 10-procentową skutecznością, czyli 90 proc. zabiegów jest bez efektu. Komórki jajowe pobiera się poprzez nakłucie jajnika pod kontrolą USG, w krótkotrwałym znieczuleniu ogólnym lub w miejscowym. Plemniki poprzez masturbację lub w przypadku poważniejszych zaburzeń w spermatogenezie, poprzez biopsję najądrza lub jądra.
- GIFT, ZIFT
Mieszaninę komórek jajowych wraz z zawiesiną plemników można podać w czasie laparoskopii przez strzępki jajowodu do jego bańki, gdzie ma dochodzić do zapłodnienia. Jest to tzw. dojajowodowe przeniesienie gamet (GIFT - gamete intrafallopian tube transfer). Bardziej skuteczne ma być przeniesienie zygot do jajowodów (ZIFT - zygote intrafallopian tube transfer). Różnica w stosunku do GIFT polega na tym, że do połączenia gamet dochodzi in vitro, czyli "w probówce", a przez laparoskop do jajowodów podaje się zarodki w kolejnych fazach rozwoju, takich jak tuż przed implantacją (zagnieżdżeniem) w błonie śluzowej macicy w cyklu naturalnym. Metody te wymagają wykonywania laparoskopii (zabiegu operacyjnego), a więc wiążą się z możliwością dodatkowych powikłań.
- FIVET
Najczęściej stosowane jest zapłodnienie pozaustrojowe i transfer zarodka (FIVET - fertilization in vitro with embrion transfer). Zarodki rozwijające się po zapłodnieniu w probówce podaje się cewnikiem do jamy macicy, gdzie ma dojść do ich zagnieżdżenia. Im więcej zarodków uzyskamy in vitro, tym większa szansa na zagnieżdżenie. Zwykle nie wszystkie się zagnieżdżają, również nie wszystkie przeżywają następne etapy rozwoju. Tylko w samej Wielkiej Brytanii w latach 1994-2005 zniszczono (czyli zabito) ponad 1 200 000 "nadliczbowych" i zamrożonych embrionów pochodzących z technik ART. Rutynowo podaje się 2 zarodki u kobiet przed 35. rokiem życia i 3 zarodki po 35. roku życia. W przypadku gdy jednak dojdzie do rozwoju trzech zarodków, proponuje się parze "redukcję płodów w ciąży wielopłodowej" - zabicie jednego lub dwojga dzieci. Ciąża "wielopłodowa" to znacznie zwiększone ryzyko poronienia i porodu przedwczesnego - wtedy wszystko na nic. Jeżeli rozpozna się natomiast wadę rozwojową, której nie można leczyć (np. trisomię 21. pary chromosomów, czyli zespół Downa), a nawet wady, które można leczyć chirurgicznie, np. wady serca, proponuje się selektywną terminację - zabicie chorego dziecka przed urodzeniem. Kiedy spotkały się zespoły polskich i francuskich kardiologów dziecięcych, ci ostatni byli zdumieni, że w Polsce leczy się tak dużo dzieci z wadami serca. We Francji większość dzieci z wadami serca, rozpoznanymi w prenatalnej fazie życia, podlega terminacji, leczenie nie jest potrzebne. Czy mamy wzorować się na takiej Europie?
- MAF
W przypadkach niepłodności męskiej, kiedy spotykamy się z dużym odsetkiem niepowodzeń, szansę na posiadanie potomstwa ma stwarzać MAF (Microassisted Fertilization) - zapłodnienie wspomagane mikrochirurgicznie. Najskuteczniejszym rodzajem tej metody ma być docytoplazmatyczna iniekcja plemników (ICSI - Intracytoplasmic Sperm Injaction). Zabieg odbywa się pod mikroskopem. Do komórki jajowej wprowadza się nieruchome plemniki, pozbawione witki. Dalsze etapy postępowania są identyczne jak w zapłodnieniu pozaustrojowym z transferem zarodka (FIVET).
Ryzyko stosowania Technik Wspomaganego Rozrodu (ART)
Zgodnie z dzisiejszą wiedzą naukową techniki wspomaganego rozrodu nie są tak bezpieczne, jak chcieliby tego promujący ich zastosowanie. Ryzyko wystąpienia wad wrodzonych płodu jest przeciętnie dwa razy wyższe niż przy naturalnym poczęciu. Dotyczy to wad serca i układu krążenia, wad układu pokarmowego i powłok jamy brzusznej, wad centralnego układu nerwowego i układu moczowo-płciowego. Niektóre bardzo rzadkie zespoły chorobowe, np. uwarunkowane rodzicielskim piętnem genomowym ("genomic imprinting"), częściej występują u dzieci poczętych in vitro niż w ciążach naturalnych. Na przykład zespół Widemana-Beckwitha charakteryzujący się makrosomią (dużymi rozmiarami dziecka) oraz licznymi wadami rozwojowymi sześciokrotnie częściej występuje u dzieci poczętych in vitro niż u dzieci poczętych w sposób naturalny (por. serwis "Medical News Today" z 27 listopada 2007 r.). Niektórzy badacze sądzą, że ilość wykrywanych wad o charakterze rodzicielskiego piętna genowego jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, a konsekwencje dla przyszłości gatunku są trudne do przewidzenia.
W lutym ubiegłego roku Royal College of Obstetricians and Gynaecologists opublikował bardzo ciekawy raport. Według niego, po wprowadzeniu zabiegów in vitro w Wielkiej Brytanii ogromnie wzrosła liczba ciąż mnogich. Liczba ciąż trojaczych w 1998 roku była 5 razy większa niż w 1980, ze wszystkimi konsekwencjami dla gorszych wyników położniczych - zwiększonego ryzyka poronień i porodów przedwczesnych, nadciśnienia indukowanego ciążą, cukrzycy kobiet ciężarnych, cięć cesarskich, porażenia mózgowego i zgonów noworodków. W przypadku dzieci poczętych in vitro znacznie częściej występują nieprawidłowości genetyczne: anomalie chromosomowe, mikrodelecje, imprinting. Można mówić o zwiększonej zachorowalności matek, zwiększonej częstotliwości przedwczesnych porodów, zabiegów cesarskiego cięcia, niskiej i bardzo niskiej wadze urodzeniowej dzieci, o 70-procentowym wzroście ryzyka śmiertelności okołoporodowej noworodków i co najmniej 40-procentowym wzroście ryzyka wad wrodzonych. Dzieci urodzone po zabiegach wspomaganego rozrodu dwukrotnie częściej niż te z ciąż naturalnych trafiają w pierwszych latach po urodzeniu do leczenia szpitalnego. Mają zwiększoną podatność na infekcje, częściej występuje u nich astma, zaburzenia immunologiczne, zapalenia reumatoidalne stawów. Dzisiaj w krajach rozwiniętych porody, do których dochodzi po zastosowaniu ART, stanowią już 1 proc. wszystkich porodów. Badania dotyczące zdrowia tych dzieci są daleko niewystarczające.
W "Los Angeles Times" z 8 grudnia 2007 roku opublikowano specjalny raport dotyczący szczególnego przypadku związanego z procedurami ART. Na dziecko z probówki zdecydowała się para homoseksualistów: Bruce Steiger i Rick Karl. Zakupili dwie komórki jajowe od studentki chcącej opłacić naukę w college'u. Studentka Alexandra Gammelgard sprzedała więcej swoich komórek jajowych, z których urodziło się co najmniej 4 dzieci.
Oprócz tego rodzaju wyrafinowanych przypadków donację gamet stosuje się również wtedy, gdy kobieta nie może już mieć własnych komórek jajowych, gdyż czynność jajnika wygasła, a na "macierzyństwo" zdecydowała się zbyt późno.
Nasi sympatyczni i niewątpliwie zamożni homoseksualiści zdecydowali o wymieszaniu swojej spermy, by dziecko było "wspólne". Następnie wynajęli matkę zastępczą, która miała donosić ciążę. Do macicy podano dwa zarodki, jeden z nich spontanicznie obumarł. Urodziła się natomiast zdrowa dziewczynka, dwaj "ojcowie" byli zadowoleni. Niestety, po roku ich dziecko zaczęło się źle rozwijać. Okazało się, że cierpi na rzadką chorobę neurologiczną o podłożu genetycznym, chorobę Taya Sachsa. Dlaczego? Zapłaciliśmy 250 tys. dolarów! Kto jest winny? Alexandra i jeden z "ojców" byli nosicielami. Dlaczego nie sprawdzono tego wcześniej? Niestety, umowa z "kliniką" była dobrze zabezpieczona, nie gwarantowała zdrowego potomstwa. Dziewczynka najprawdopodobniej nie dożyje 5. roku życia. Pojawił się postulat, że trzeba zmienić regulacje prawne i zabezpieczyć prawa "kupującego"!
Jestem przeciwnikiem in vitro
Pierwszym i najważniejszym argumentem przeciwko metodzie in vitro jest dla mnie to, że człowiek od poczęcia jest osobą i że życiem nie wolno manipulować. Dziecko ma prawo do poczęcia jako osoba - w warunkach przewidzianych dla człowieka, w łonie matki.
Zabiegi "wspomaganego rozrodu" traktują dziecko jak przedmiot, jak towar do sprzedania za bardzo wysoką cenę, ale bez gwarancji powodzenia. Pozostałe embriony, które nie obumrą w sposób naturalny, podlegają zamrożeniu i przechowaniu dla późniejszego wykorzystania. Po jakimś czasie powstaje problem "białej stokrotki" - kto "zaadoptuje" zamrożone embriony? Bo jeśli tak się nie stanie, ich jakość spada i trzeba je rozmrozić, czyli zniszczyć.
Oczywiście można podać bardzo wiele innych racjonalnych i medycznych argumentów przeciwko in vitro. Ale przede wszystkim nie wolno traktować pacjentki jako przypadku, przedmiotu analizy wskazań i przeciwwskazań, obiektu, którego dotyczy statystyka możliwych powikłań i zagrożeń dla zdrowia, lecz należy zawsze widzieć w niej osobę z jej historią życia, cierpieniem, chorobą.
Na koniec pragnę podzielić się moim osobistym doświadczeniem. Po trzech kolejnych poronieniach mojej żony zdecydowaliśmy się na adopcję, a dzisiaj mamy w sumie 10 dzieci, w tym 9 własnych, urodzonych normalnie. Przypisuję to konkretnemu działaniu Pana Boga w historii mojego życia i jest ono dla mnie najistotniejszą motywacją. Niepłodność nie jest sytuacją bez wyjścia, dla każdego indywidualnie można znaleźć dobre rozwiązanie, ale nie mamy prawa chcieć dziecka za wszelką cenę.
Przyczyny niepłodności u kobiet:
- infekcje narządów miednicy mniejszej (zapalenie przydatków o różnej etiologii, np. rzeżączkowe, bakteryjne, chlamydia trachomatis i mycoplasma, przenoszone drogą płciową);
- zrosty pozapalne i po zabiegach "usunięcia ciąży", związane z obecnością wkładki wewnątrzmacicznej (IUD), przebyte operacje;
- zaburzenia hormonalne, szczególnie związane z zaburzeniami owulacji, np. zespół policystycznych jajników, endometrioza;
- choroby dotyczące całego organizmu - układowe (np. cukrzyca, anemia, zaburzenia odżywiania, choroby nerek i układu moczowego, wątroby, choroby tarczycy);
- zatrucia środowiskowe (np. ołowiem, arszenikiem, barwnikami anilinowymi, wpływ promieniowania jonizującego, kadmu, narażenie na przewlekły hałas);
- otyłość;
- przewlekłe nadużywanie niektórych leków, np. dużych dawek androgenów i kortykosteroidów, leków przeciwnowotworowych, morfiny, kokainy, cymetydyny, spironolaktonu, nitrofurantoiny, dużych dawek estrogenów (tabletka antykoncepcyjna!), neuroleptyków i antydepresantów, metoklopramidu;
- wiek powyżej 30. roku życia.
Przyczyny niepłodności u mężczyzn:
- choroby infekcyjne (np. świnkowe zapalenie jąder, gruźlica);
- choroby przenoszone drogą płciową (kiła, rzeżączka, infekcje chlamydia trachomatis i mycoplasma);
- choroby dotyczące całego organizmu - choroby układowe (np. cukrzyca, anemia, zaburzenia odżywiania, choroby nerek i układu moczowego, wątroby);
- alkoholizm, uzależnienie od nikotyny;
- zatrucia środowiskowe (np. ołowiem, arszenikiem, barwnikami anilinowymi);
- wpływ estrogenów przyjmowanych przez matkę lub z zanieczyszczeń środowiska;
- przewlekłe nadużywanie niektórych leków, np. dużych dawek androgenów i kortykosteroidów, leków przeciwnowotworowych, morfiny, kokainy, cymetydyny, spironolaktonu, nitrofurantoiny i innych;
- sposób ubierania się (obcisłe spodnie i ubrania z tworzyw sztucznych prowadzą do przegrzewania jąder i obniżenia płodności);
- wiek powyżej 40 lat.
Kłamstwa o in vitro
Dr Urszula Dudziak, Instytut Nauk o Rodzinie KUL
W ostatnim czasie większość mediów w Polsce prowadzi kampanię obliczoną na wytworzenie w naszym społeczeństwie przychylnego nastawienia wobec metody sztucznego zapłodnienia in vitro. W tym celu metoda ta przedstawiana jest jako dobrodziejstwo dla strapionej niepłodnością ludzkości.
Oczywiście za tego rodzaju manipulacją kryją się również inne cele niż ten deklarowany oficjalnie, a mianowicie demoralizacja człowieka, walka z Kościołem, instrumentalizacja ludzkiej seksualności i prokreacji, atak na małżeństwo i rodzinę oraz nadzieja na pozyskanie dużych nakładów finansowych wspierających tego rodzaju praktyki. Zajęcie właściwego stanowiska w tej sprawie wymaga ujawnienia tendencyjnie ukrywanej prawdy na temat metody in vitro i obalenia mitów prowadzących do wypaczenia poglądów na jej temat.
Zapłodnienie in vitro wymaga wielu wizyt i interwencji medycznych nie tylko uciążliwych, ale także urągających godności człowieka, zarówno mężczyzny, jak i kobiety, którzy się im poddają, oraz dziecka, sprowadzanego do laboratoryjnego zagadnienia i otrzymującego życie za cenę śmierci swych braci i sióstr. Przeprowadzany zabieg wymaga:
- hormonalnej stymulacji jajników mającej na celu wywołanie hiperowulacji, co osłabia organizm kobiety;
- pobrania gamet poprzez punkcję pęcherzyków jajnikowych przy użyciu wprowadzanego przez pępek laparoskopu lub sondy dopochwowej wprowadzanej drogą nakłucia sklepienia bocznego pochwy, ewentualnie sondy brzusznej poprzez wprowadzenie igły punkcyjnej przez cewkę moczową i nakłuwaniu jajnika przez ścianę pęcherza moczowego;
- pobrania nasienia poprzez upokarzającą mężczyznę masturbację; zdarza się nawet nakłuwanie jąder zmarłego męża, jeśli komuś przyjdzie chęć poczęcia dziecka po jego śmierci, lub nawet za życia, jeśli jest większa szansa pozyskania plemników bezpośrednio w miejscu ich wytwarzania;
- manipulacyjnego łączenia plemników z komórkami jajowymi zanurzonymi w płynie hodowlanym, przy czym duży odsetek zarodków zamiera w okresie przedimplantacyjnym, czego świadomość jest włączona w przeprowadzaną procedurę;
- wprowadzenia przez szyjkę macicy od 2 do 4 zarodków w celu ich zagnieżdżenia w endometrium. W związku z wkalkulowanym w tę metodę niepowodzeniem - śmiercią dzieci, liczba zarodków jest większa dla zwiększenia prawdopodobieństwa zagnieżdżenia któregoś z nich. Szacuje się, że skuteczność zabiegu przy wprowadzeniu jednego zarodka wynosi 10 proc., przy dwóch - 15 proc., przy trzech - 25 proc., przy czterech 30 procent. Przy braku ciąży zabieg się powtarza, mnożąc kolejne wizyty, ingerencje medyczne w tę najbardziej intymną sferę życia ludzkiego i przyczyniając się do śmierci kolejnych dzieci w stadium embrionalnym. W przypadku uzyskania ciąży mnogiej ma miejsce świadome pozbycie się niektórych z nich poprzez uśmiercenie eufemistycznie nazywane "selektywną redukcją zarodków".
Instrumentalizacja seksualności, nieprzyjemne procedury związane ze sztuczną prokreacją, stechnicyzowanie intymnej sfery życia, świadomość doprowadzenia do śmierci embrionów w wyniku zgody na podjęte działania nie przynoszą szczęścia, ale niesmak, upokorzenie, dewaluację wartości. Przypuszczalnie dlatego prawda o tym, co faktycznie dokonuje się podczas zapłodnienia in vitro, jest tak skrzętnie ukrywana, a reklama przedstawia je wyłącznie w jak najlepszych barwach. Warto jednak rozważyć: czy rzeczywiście może być szczęśliwa matka, której w dążeniu do poczęcia dziecka każe się wyrazić zgodę na śmierć innych dzieci, mających w wyniku tych manipulacyjnych zabiegów stracić życie? Brutalnym, ale unaoczniającym to "szczęście" przykładem jest pytanie: "Który z pięciu palców jednej ręki zdecydujemy się zostawić, a które z pozostających czterech odciąć?". Znana, praktykowana i aprobowana jest sztuczna inseminacja zwierząt, np. krów, słuszna i uznawana jest hodowla kurcząt. Ale czy wolno tego typu działania odnieść do ludzi? Czy rzeczywiście kobieta może się czuć szczęśliwa, gdy jest potraktowana jak klacz zarodowa, gdy jej mąż jest sprowadzony do roli dawcy nasienia, gdy dzieci zamiast ciepła matki dostają płyn hodowlany, szkło probówek i chłód zamrażarki?
Zastosowanie manipulacyjnej techniki pozaustrojowego zapłodnienia nie leczy żadnych schorzeń ani występujących u mężczyzny, ani u kobiety. Sama nazwa "zapłodnienie pozaustrojowe" wskazuje, że przeprowadzany zabieg dokonuje się poza organizmem kobiety, a dopiero potem embriony są wszczepiane do jej macicy. Zapłodnienie in vitro nie sprawia, że małżonkowie stają się samodzielnie zdolni do poczęcia dziecka, nie usuwa żadnych wad anatomicznych, jak np. uniemożliwiające zajście w ciążę zrośnięcie jajowodów, a jedynie przy zastosowaniu określonej techniki próbuje omijać jakiś istniejący problem somatyczny. Używanie przez manipulatorów słowa "leczenie" jest celowe i nastawione na wywołanie społecznej aprobaty dla tego rodzaju działań. Jest bowiem naturalne, że człowiek chory budzi współczucie, chęć udzielenia mu pomocy, otoczenia troską. Jeżeli więc wmówi się społeczeństwu, że zabiegi in vitro są procedurą leczniczą, to w ten sposób uzyska się większą szansę na jej dofinansowanie. Domaganie się pieniędzy wprost, bez tej sztucznie stworzonej otoczki altruizmu, ma mniejsze szanse powodzenia i wydaje się mało eleganckie, stąd ten cały szum medialny wobec dobrodziejstwa in vitro i udzielanej w ten sposób "pomocy". Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie: "Gdy niewiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze".
Przewrotność sięgająca absurdu - to określenie, na jakie zasługuje propozycja dofinansowania zabiegów zapłodnienia in vitro. Służba zdrowia mająca, zgodnie ze swą nazwą, służyć ludzkiemu zdrowiu i życiu, po raz kolejny zostaje wmanewrowana w działanie poniżające godność człowieka i nieliczące się zupełnie z embrionalną fazą jego rozwoju. W sytuacji zapaści służby zdrowia związanej z problemami kadrowymi i żądaniami podwyżek płac, braku funduszy na wsparcie kosztownych procedur diagnostyczno-terapeutycznych, zakup sprzętu medycznego, niedoinwestowania szpitali, hospicjów czy wciąż zbyt drogich leków, żądanie dofinansowywania zabiegów in vitro - które nie tylko nie leczą, ale przeciwnie: powodują śmierć wielu istnień ludzkich - świadczy o wyjątkowo negatywnym nastawieniu do życia, cierpiącego i często niezamożnego pacjenta, a nawet całej społeczności Polaków. Ta forma "produkcji człowieka" rości sobie nieuzasadnione prawo do tego, by manipulować życiem i dla uzyskania dziecka na drodze sztucznie wspomaganej prokreacji nie baczyć na konsekwencje w postaci wielu ginących embrionów. Wspieranie finansowe tak poważnej ingerencji w ludzką seksualność i prokreację, rozdzielanie miłości i życia, narażanie jednych dzieci na śmierć, a innych na częstsze wady wrodzone i psychiczne następstwa "zespołu ocaleńca" jest niedopuszczalne moralnie i sprzeczne z tym, czemu medycyna faktycznie powinna służyć.
Zamiast omijania rzeczywistych problemów związanych z niepłodnością poprzez reklamowanie niosącej liczne negatywne skutki metody zapłodnienia in vitro warto zająć się faktycznym działaniem pomocowym, jakim jest: profilaktyka niepłodności poprzez eliminację czynników uszkadzających płodność. Do ważnych działań profilaktycznych należy: troska o zdrowy styl życia, odpowiednie ubranie (odrzucenie mody nakazującej dziewczętom prezentację nagich brzuchów, pleców, bioder), właściwe odżywianie, zakaz palenia tytoniu, odrzucenie innych używek, takich jak alkohol i narkotyki, zaniechanie stosowania eliminujących płodność środków antykoncepcyjnych, uczenie rozpoznawania płodności zamiast jej zaburzania, szerzenie oświaty zdrowotnej, wychowanie do powściągliwości seksualnej przed małżeństwem i wierności w małżeństwie, sprzeciw wobec aborcji, kształtowanie postaw odpowiedzialnego ojcostwa i macierzyństwa. Faktyczną pomocą jest także wczesna diagnostyka niepłodności, zapobieganie i leczenie rozmaitych chorób, których skutkiem jest niepłodność. Szansą jest także usprawnienie procedur adopcyjnych pozwalających na realizację ojcostwa i macierzyństwa, któremu winniśmy szczególną cześć.
Czas wreszcie dotrzeć z prawdą na temat in vitro do okłamywanych reklamowanymi publikacjami ludzi. Reklama bowiem gloryfikuje zalety, skrzętnie skrywając mankamenty, milczy nawet o wkalkulowaniu śmierci w działanie mające owocować życiem. Czas odpowiedzieć na pytanie, komu faktycznie zależy na dobru człowieka: czy tym, którzy przestrzegają przed jego degradacją, czy pragnącym się bogacić na jego krzywdzie?
Metoda zła moralnie, bo nie szanuje człowieczeństwa

Z dr. Markiem Czachorowskim, etykiem, adiunktem w Katedrze Etyki
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, rozmawia Justyna Wiszniewska
Dyskusje wokół metody zapłodnienia in vitro często ustawiają problem jej oceny dwubiegunowo: stanowisko Kościoła katolickiego kontra reszta poglądów. Tymczasem może istnieje wspólna płaszczyzna, na której mogliby ocenić tę metodę wszyscy ludzie dobrej woli, niezależnie od wyznania, światopoglądu itd.?
- Z taką polaryzacją stanowisk w sprawie zapłodnienia in vitro nie można się zgodzić, bo świadczy ona o niezrozumieniu zarówno dziedziny moralności (jej związku z istotą człowieka oraz możliwości poznania tej istoty), jak i autorytetu magisterium Kościoła katolickiego. Kościół katolicki w swoim moralnym nauczaniu tylko informuje - a nie dekretuje - co jest moralnie dobre, a co złe i podaje rację za taką czy inną moralną oceną. Ta zaś ocena oparta jest na odczytaniu - przez autorytet osób pasterzujących Kościołem - zgodności czynów z tym, kim jest człowiek w swojej istocie. A zatem nie dlatego wierzący czegoś czynić nie powinni pod względem moralnym, że im Kościół tego zakazuje, ale dlatego Kościół zakazuje czynów moralnie złych - i określa szczegółową treść tych moralnych zakazów - że są one moralnie złe, ponieważ nie szanują człowieczeństwa. Czyny moralnie dobre to takie, które szanują nasze człowieczeństwo, a czyny moralnie złe to takie, które tego człowieczeństwa nie szanują. To odczytanie istoty człowieka (człowieczeństwa, ludzkiej natury), a zatem i stosunku naszych czynów do tego człowieczeństwa, leży w możliwościach każdego człowieka, niezależnie od żywionych przez niego przekonań religijnych. Kiedy bez uprzedzeń przyglądamy się niektórym moralnym rozeznaniom świata pogańskiego (np. Sokratesa, Arystotelesa, Plutarcha z Cheronei w sprawach moralności seksualnej), to nieraz nawet tzw. przeciętni chrześcijanie winni się rumienić z powodu swoich kłopotów z właściwym rozeznaniem moralnym ludzkich czynów. Ponieważ jednak stopień naszych rozeznań moralnych zależy przede wszystkim od tego, czy chcemy iść za własnym rozumem, czy też wolimy żyć na jakimś łańcuchu krępującym rozum, to z tego właśnie powodu otrzymujemy objawienie elementarnych zasad moralnych i ich szczegółowych aplikacji. Dlatego otrzymaliśmy Dekalog, żeby nawet człowiek będący w najgorszej moralnej kondycji, doświadczony zatem tym, co nazywamy "moralną ślepotą", miał szansę ocenienia własnej sytuacji. To wspomaganie sumień narażonych na słabość kontynuuje nauczanie Kościoła katolickiego. Ale tylko dlatego czegoś pod względem moralnym zakazuje, że to jest moralnie złe, i to zło zawsze znajduje się w możliwościach poznawczych samego człowieka. Kościół katolicki interesuje się zaś formacją moralną człowieka, ponieważ ludzki poziom naszego życia określają normy moralne. Bez osiągania tego ludzkiego poziomu nie jest zaś możliwa chrześcijańska obietnica nie tylko w pełni ludzkiego, ale już Boskiego Życia.
W przebieg metody in vitro wpisane jest uśmiercenie embrionu lub narażenie go na powikłania zdrowotne. Dlaczego życie człowieka jest bezcenną wartością? Czy konieczność uznania tej fundamentalnej zasady zależna jest wyłącznie od tego, czy ktoś uznaje Dekalog i piąte przykazanie "Nie zabijaj"?
- Życie jest dobrem fundamentalnym, czyli takim dobrem, na którym oparte są wszystkie inne dobra człowieka. Zamach na ludzkie życie jest zatem zawsze i wszędzie zły, bo zawsze i wszędzie nie szanuje naszego człowieczeństwa (ludzkiej natury). Jeśli usprawiedliwiona jest obronna działalność np. wojownika, to z tego powodu, że jego działania nie zmierzają ku zabijaniu, ale ratowaniu i obronie osób niewinnych przed agresorem. Stąd też w "Iliadzie" mamy opis zmagań wojennych, w których śmiertelny cios poprzedzony jest słowami "przyjacielu". Jeśli zaś rusza się na wojnę, aby zabijać, to z pewnością realizuje się wówczas coś innego niż służbę wojskową. Jak widzimy, bez pomocy Objawienia jesteśmy w stanie uzasadnić bezwarunkową normę zakazującą zamachów na ludzkie życie.
Niektórzy odrzucają istnienie prawa naturalnego. Jakie można podać argumenty za jego istnieniem?
- Skoro dysponujemy zawsze i wszędzie tym samym, niezmieniającym się człowieczeństwem (ludzką naturą) - z racji bycia bytem przygodnym nasze człowieczeństwo otrzymujemy od Bytu, który udziela nam istnienia, a zatem my tego człowieczeństwa nie tworzymy - to zespół szczegółowych norm moralnych, chroniących to nasze człowieczeństwo, musi być zawsze i wszędzie obowiązujący. Ten zatem powszechny i niezmienny porządek nazywa szacowna tradycja "prawem naturalnym". Elementem tego normatywnego porządku jest z pewnością zakaz stosowania weterynaryjnych, nieludzkich praktyk w odniesieniu do człowieka, a tym jest każde sztuczne zapłodnienie.
Na szczęście dziś już nie dyskutuje się nad tym, czy embrion jest człowiekiem. Ale jeżeli jeszcze komuś przyszłoby do głowy, żeby ten fakt podważać, to jakie podałby Pan argumenty, że tak właśnie jest?
- Najpierw chętnie posłucham jego argumentów, a wtedy od razu ujawni się zarówno ich arbitralność (bezpodstawnie jakiś element naszego rozwoju uznaje się za początek naszego osobowego istnienia), jak i absurdalne konsekwencje tego rozstrzygnięcia (np. uznanie za kryterium naszego człowieczeństwa posiadanie świadomości prowadzi do niedających się przezwyciężyć problemów z uznaniem za osobę ludzką człowieka głęboko śpiącego czy nieprzytomnego).
Czy zatem stosowanie metody in vitro szanuje osobową godność zarówno małżonków, jak i poczętego w ten sposób dziecka?
- Najpierw zwróciłbym uwagę na trafność tego pytania. Sprawa ewentualnych skutków zdrowotnych czy psychicznych jest absolutnie wtórna wobec pytania, czy interesujący nas tutaj sposób wkraczania w istnienie szanuje powstającego tą drogą człowieka, czy też go nie szanuje. Zdumiewać się zatem należy, jakże nagminnie zarówno zwolennicy sztucznego zapłodnienia, jak i jego przeciwnicy zapominają o tej najbardziej podstawowej płaszczyźnie oceny tego czynu. To dopiero jest płaszczyzna moralna, tamte są płaszczyznami pozamoralnymi - higienicznymi i psychologicznymi. Jeśli działania szanujące człowieka nazywamy miłością, to człowiekowi na każdym etapie jego istnienia, a zatem od samego początku do samego końca, należna jest ta właśnie miłość. Miłość małżeńska wprawdzie zakorzeniona jest w tych jej formach, które adresujemy do każdego człowieka, to jednak istotnie się od nich różni. Różnica dotyczy zarówno maksymalnej głębi zaangażowania naszego osobowego człowieczeństwa wobec współmałżonka, jak i stanięcia w obliczu obiektywnej możliwości rodzicielstwa, czyli powołania do istnienia nowego człowieka, naszego własnego syna lub córki. Z tych zatem powodów materialnym wyrazem (znakiem) tego obiektywnego zaangażowania wobec drugiej osoby jest tylko akt małżeński. Nie wspólne chodzenie na zakupy, na spacer, lot razem na Księżyc, ale to szczególne współdziałanie - wyrastające z całości ich życia małżeńskiego - które nazywamy aktem małżeńskim. Te obiektywne fakty wskazują, że w sztucznym zapłodnieniu nie zapoczątkowuje się istnienia własnego dziecka z miłości małżeńskiej - aktu ją wyrażającego - ale z czegoś innego, co nie wyraża specyfiki miłości małżeńskiej. Na życiowym starcie naszego dziecka nie funduje mu się miłości. Wprawdzie dużo nam się mówi o szlachetnym pragnieniu potomstwa u osób decydujących się na zapłodnienie in vitro, to jednak nie tylko dziecko nie powinno być środkiem do zaspokojenia jakichś nawet szlachetnych pragnień rodziców ani też takim środkiem nie powinien być współmałżonek. Zaistnienie dziecka w małżeństwie winno być znakiem wzajemnego związku małżonków, znakiem tego, co ich łączy, a zatem ojcostwo i macierzyństwo powinno wyrażać ten związek. Jakże może ten związek wyrażać zaistnienie dziecka oderwane od jedynego czynu, który wyraża ich miłość małżeńską?
Czy problem z metodą in vitro skończy się, gdy dzięki rozwojowi medycyny zmniejszy się stopień jej inwazyjności, np. gdy embriony nie będą uśmiercane ani nie będą zamrażane?
- Negatywna ocena zapłodnienia in vitro jest dokładnie ta sama, co negatywna ocena każdego sztucznego zapłodnienia, nawet takiego, które nie jest połączone z zadawaniem śmierci. O tej negatywnej ocenie decyduje najpierw nieuszanowanie podstawowego adresata tego czynu, jakim jest własne dziecko. Zamiast miłości otrzymuje ono na swoim bytowym początku tylko instrumentalny sposób traktowania jako środka służącego zaspokojeniu pragnienia potomstwa.
Dlaczego więc w przypadku metod sztucznego zapłodnienia, aborcji, eutanazji, klonowania, gdzie w sposób oczywisty manipuluje się ludzkim życiem, tak trudno o wypracowanie jasnego stanowiska - ponad podziałami, na gruncie - nazwijmy to - czysto ludzkim? Ocena tych praktyk nie powinna przecież budzić żadnych wątpliwości, już na poziomie zdrowego rozsądku...
- Już wspomniałem o znanym także starożytnym autorom fakcie moralnej ślepoty. Jeśli nie dostosowuje się postępowania do własnego rozumu, to zaczyna się proces dostosowywania rozumu do własnego nierozumnego postępowania. Fakty świadczą o tym, że z niektórymi dziedzinami swojego życia tzw. współczesny człowiek nie może sobie poradzić i dlatego niejako przykraja własne rozumienie tych dziedzin do własnego postępowania. Wspomniane przez panią dziedziny dotyczą życia i jego źródła, jakim jest ludzka płciowość. Ze sferą seksualną związany jest bardzo silny spontaniczny dynamizm, starający się pociągnąć człowieka w jakimś własnym kierunku, kierunku używania osoby, kierunku nierespektującym zarówno własnej płciowości, jak i płciowości innych osób. Trzeba wtedy jednak coś zrobić ze skutkami tego braku panowania nad sobą (brakiem panowania nad "pożądliwością ciała"), co prostą drogą musi prowadzić do akceptacji aborcji jako koła ratunkowego. W przypadku sztucznego zapłodnienia dla celów reprodukcyjnych oślepia moralnie człowieka "pożądliwość oczu", mówiąc językiem św. Jana, czyli pragnienie posiadania. Wśród tych upragnionych widzialnych dóbr może znaleźć się własne dziecko, do którego adresuje się takie samo chcenie, jak chcenie wszystkich innych dóbr materialnych. Natomiast sztuczna prokreacja, tzw. terapeutyczna, związana jest z zaślepieniem związanym z pragnieniem przedłużenia maksymalnie, a nawet na zawsze, za wszelką cenę swojego istnienia. Człowiek przywłaszcza sobie władzę nad własnym istnieniem - co także widoczne jest w aprobacie dla eutanazji - która to władza człowiekowi, bytowi przygodnemu nie przysługuje. Wyraził tę prawdę - narażoną jednak na pokusę "pychy tego żywota", ewentualnie woli mocy (Nietzsche) - szlachetny stuprocentowy poganin Sokrates: "Jesteśmy własnością bogów".
Dziękuję za rozmowę.
Psychologiczne aspekty sztucznego zapłodnienia
Antagonizm płci
Dr Dorota Kornas-Biela, Instytut Pedagogiki KUL
Wszystkie procedury wspomaganej prokreacji wiążą się z poważnymi problemami natury medycznej, psychologicznej, społecznej, prawnej i religijnej. Rozwój procedur sztucznego zapłodnienia wprowadza zamieszanie w więziach rodzinnych. Tracą na znaczeniu więzi biologiczne, a rodzicielstwo okazuje się czymś niedookreślonym - ktoś inny może być moim rodzicem genetycznym (czyje komórki rozrodcze?), ktoś inny biologicznym (kto był matką nosicielką i urodził?) i ktoś innym społecznym (kto mnie wychowuje?).
Analizując psychologiczny kontekst tej sytuacji, trzeba podkreślić, że zależy on od bardzo wielu czynników (dlatego wyniki badań psychologicznych nie są jednoznaczne), tzn. przeżycia małżonków i konsekwencje psychiczne skorzystania ze wspomaganej prokreacji zależą np. od osobowości małżonków, ich odporności na trudne sytuacje i sposobów radzenia sobie z nimi, siły więzi i sposobów komunikacji małżeńskiej, zadowolenia z życia małżeńskiego, stopnia zagrożenia rozwodem, obopólnej zgody co do skorzystania ze sztucznego zapłodnienia (kobieta może ukrywać, iż czuje presję męża w tym kierunku), czasu i sposobów leczenia niepłodności, rodzaju procedury sztucznego zapłodnienia (z użyciem nasienia męża czy dawcy, jajeczka dawczyni), liczby zastosowanych prób, doświadczeń z kontaktów ze służbą zdrowia.
W roli królika doświadczalnego
W literaturze psychologicznej podkreśla się, że korzystanie z procedur wspomaganej prokreacji jest sytuacją trudną, która wymaga nakładu energii psychicznej, zmierzenia się ze stresem i ewentualną porażką, utratą nadziei na dziecko, poczuciem odarcia z intymności współżycia seksualnego, wymaga radzenia sobie z napięciem, lękami, dolegliwościami fizycznymi. Niepokój w trakcie przeprowadzania kolejnych prób i czekania na ich wyniki jest bardzo duży, dlatego radzą sobie z nim tylko pary dojrzałe psychiczne, o bardzo silnej więzi małżeńskiej i wsparciu społecznym. Im dłużej trwa leczenie niepłodności oraz kontakt z kliniką zajmującą się sztucznym zapłodnieniem, tym silniejsze poczucie bycia królikiem doświadczalnym oraz ingerencji w intymność związku, poczucie krzywdy ze strony niesprawiedliwego losu, skrywanej złości i gniewu, napięcie psychiczne, smutek aż po depresję, konflikty małżeńskie, niezadowolenie z pożycia seksualnego i zmniejszenie częstotliwości kontaktów, zaburzenia seksualne, lęk przed negatywnymi konsekwencjami dla zdrowia stosowanych środków farmakologicznych. Wiele negatywnych uczuć jest przez małżonków tłumionych, niedopuszczanych do świadomości lub skrzętnie skrywanych przed otoczeniem, stosowane są różne mechanizmy obronne (np. racjonalizacji, idealizacji). Niewyrażone uczucia, nierozładowane napięcia mają tendencję do kumulacji i przeradzają się w schorzenia psychosomatyczne.
Ponieważ w procedurę wspomaganej prokreacji jest przede wszystkim zaangażowana kobieta, stąd dla niej jest ona znacznie większym obciążeniem fizycznym i psychicznym niż dla mężczyzny. Kobiety korzystające ze wspomaganej prokreacji oceniają ją bardziej niż ich mężowie jako stresującą, krzywdzącą, szkodliwą, groźną, wymagającą ogromnego wysiłku organizmu i psychiki. Tym bardziej że dla kobiety zwykle ważniejszy od bycia w ciąży i urodzenia dziecka jest fakt bycia matką i możliwość wychowywania dziecka, stąd jest ona zwykle bardziej przychylna adopcji, a decyduje się na sztuczną prokreację ze względu na męża.
Jeśli małżonkowie korzystają z komórek rozrodczych dawców, to powstaje również problem fantazji na temat tego, kim jest dawca, jaki ma wygląd, jakie predyspozycje zdrowotne, intelektualne, osobowościowe, jakie zdolności mógł przekazać dziecku. Czasem pojawia się lęk przed chorobami lub negatywnymi cechami, które mogą ujawnić się u dziecka, uczucie zazdrości wobec dawcy u jednego ze współmałżonków czy poczucie zdrady, usilne poszukiwanie przez małżonków podobieństwa własnych cech u dziecka.
Jeśli procedura sztucznego zapłodnienia kończy się sukcesem i para spodziewa się urodzenia dziecka, przebieg ciąży jest narażony na większe ryzyko komplikacji i niepowodzeń, stąd jest on o wiele bardziej zmedykalizowany, wymaga bardziej intensywnego monitorowania, większej liczby badań i wizyt lekarskich. Wymarzony stan ciąży okazuje się pełen niepokoju, ambiwalentnych uczuć, trudnych decyzji. Podobnie doświadczenia rodzicielskie po urodzeniu dziecka okazują się często nie tak idealne, jak były one latami snute w fantazjach. Dziecko okazuje się nie tak cudnym bobaskiem, a trudności z jego pielęgnacją i wychowaniem burzą zbudowane wyobrażenia o macierzyństwie.
Matki, które uzyskały dziecko po intensywnym leczeniu i zainwestowaniu w sztuczne zapłodnienie, w szczególnym stopniu pragną być perfekcyjnymi matkami. Są one już zwykle starsze, dojrzałe, cenią sobie macierzyństwo i są troskliwymi matkami. Dzieci zwykle ogromnie na tym korzystają. Jednak może to też sprzyjać przyjmowaniu postawy nadopiekuńczości, przesadnej troski o zdrowie i bezpieczeństwo dziecka, ograniczaniu jego swobody, nadmiernej koncentracji uczuciowej nad nim, poczuciu przeciążenia opieką nad dzieckiem. Dzieci te są również narażone na problemy emocjonalne z powodu bycia "drogocennym dzieckiem". Część badań wskazuje na większe u tych dzieci ryzyko zaburzeń neurologicznych, w emocjonalno-społecznym przystosowaniu, w zachowaniu. Literatura psychoanalityczna przestrzega, iż sposób poczęcia jest elementem matrycy komunikacyjnej na dalsze życie dziecka. Dziecko sztucznie wyprodukowane, chociaż nie zdaje sobie z tego sprawy, zostało tym zranione.
Ojcowie i dzieci
Jednym z trudnych problemów rodziców, co do którego muszą się porozumieć, jest fakt ujawnienia własnemu dziecku tajemnicy dotyczącej jego poczęcia, zwłaszcza jeśli jedno lub nawet oboje rodzice nie są jego genetycznymi rodzicami. Zdecydowana większość rodziców preferuje zachowanie tajemnicy, a im dziecko starsze, tym większy mają opór przed ujawnieniem sekretu. Coraz częściej zwraca się uwagę, że trzymanie w tajemnicy przed dzieckiem tak ważnej kwestii, jaką jest jego pochodzenie, może działać dysfunkcjonalnie na niego i całą rodzinę. Sekret stwarza sytuację psychologicznie i społecznie szkodliwą i krzywdzącą dla dziecka, które ma prawo znać prawdę co do swojego pochodzenia, a jednocześnie trudno mu poznać genetycznego rodzica, skoro prawie wszyscy dawcy domagają się anonimowości. Zwolennicy utrzymania tajemnicy uważają, że świadomość niewiadomego pochodzenia może być zbyt trudna dla dziecka, gdyż nie ma ono szans dowiedzieć się, kto był dawcą nasienia lub komórki jajowej. Brak takiej wiedzy wprowadza "stres adopcji", sprzyja wystąpieniu "genealogicznej dezorientacji". Aby ją rozwiązać, młody człowiek może żyć w świecie natrętnie nasuwających się myśli o biologicznym rodzicu lub obsesyjnie poszukiwać go.
Z punktu widzenia psychologicznego na szczególną uwagę zasługują dawcy komórek rozrodczych, zwłaszcza nasienia. Z badań prowadzonych na Zachodzie wynika, że oddając spermę do banku, mężczyzna kieruje się zdecydowanie motywacją finansową. Nasienie jest przede wszystkim traktowane utylitarnie - jako źródło zarobku oraz jako środek służący udowodnieniu własnej potencji płciowej, wyraz chęci "tworzenia świata". Ojcostwo poprzez bank spermy stanowi formę dewiacji ojcostwa, gdyż do poczęcia dziecka dochodzi bez osobowego kontaktu z jego matką, bez jakiejkolwiek formy społecznej relacji. Nigdy nie dowie się on, dla ilu dzieci jest ojcem, kim są te dzieci i ich rodzice, jaki los ich spotkał, czy nie potrzebują jego pomocy, jak doświadczają swojego "niewiadomego pochodzenia", jak bardzo cierpią z powodu nieznajomości genetycznego ojca i genealogicznego wykorzenienia, jak marzą o poznaniu go i tęsknią do niego. Ten typ ojcostwa prowadzi do rozdziału między męską seksualnością a płodnością oraz między płodnością a odpowiedzialnością za jej konsekwencje. Oddanie nasienia do banku spermy oznacza traktowanie zdolności do przekazania życia jako nic nieznaczącej przypadłości biologicznej, a tym samym świadczy o braku tożsamości ojca. Czerpanie finansowych korzyści z komórek ciała, które nie są zwykłymi komórkami, ale niosącymi życie i kreującymi inną osobę, wskazuje na przedmiotowe traktowanie siebie samego, brak poczucia osobistej godności i wartości, brak szacunku do siebie i swoich genealogicznych korzeni, do historii życia własnej rodziny, a tym samym na brak głębszego poczucia sensu i wartości życia.
Głos sumienia
Rozwój różnych procedur wspomaganej prokreacji stawia rodziców wobec dylematów religijnych i moralnych. Aby uniknąć konfliktu sumienia, uruchamiają oni podświadomie mechanizmy obronne, które pomagają im radzić sobie z wyrzutami sumienia, np. mechanizm racjonalizacji celem usprawiedliwiania się przed sobą ("muszę to zrobić w tej sytuacji", "to jedyne wyjście", "jest to najlepsze dla nas rozwiązanie"), zaprzeczania ("nie mam żadnych problemów moralnych"), bagatelizowania ("nie jest ważne, w jaki sposób dziecko się poczyna"), projekcji ("wszyscy tak robią w podobnej jak ja sytuacji"), słodkiej cytryny ("tak wiele zyskam dzięki temu"), tłumienia poczucia konfliktu i unikania sytuacji przypominających o nim (poprzez np. rezygnację z praktyk religijnych, zerwanie osobistego związku z Kościołem, negatywny stosunek do instytucji kościelnych), agresji (np. ostra krytyka nauczania Kościoła w tym względzie).
Schizofreniczna mentalność człowieka końca XX wieku wyraża się między innymi w tym, że wartość dziecka jest względna, uzależniona od tego, czy jego poczęcie jest planowane i chciane. Małodzietność jest powszechnie akceptowanym modelem rodziny, również zamierzona bezdzietność jest coraz częściej tolerowanym wyborem, natomiast bezdzietność niezamierzona jest traktowana jako niepełnosprawność w dziedzinie prokreacji i obsługiwana przez interwencje medyczne. Dzieci można "nie chcieć mieć" i pozostać małżeństwem bezdzietnym z wyboru, ale trzeba go "móc mieć", jeśli się go chce lub otoczenie tego od nas oczekuje. Sztuczne zapłodnienie jako rozpowszechniająca się usługa medyczna prowadzi do antagonizacji płci, gdyż współżycie seksualne kobiety i mężczyzny przestaje być warunkiem posiadania dzieci. Homoseksualne kobiety lub mężczyźni mogą mieć w ten sposób własne dzieci bez kontaktu ze sobą. Rozwój technik sztucznego wzbudzania życia ludzkiego jest niewątpliwie wyrazem komercjalizacji seksualności, medykalizacji sfery prokreacji, a także materialistycznej wizji życia oraz przedmiotowego i instrumentalnego traktowania człowieka.
Prawo uwikłane w in vitro
Z dr Małgorzatą Gałązką, adiunktem w Katedrze Prawa Karnego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, autorką monografii pt. "Prawo karne wobec prokreacji pozaustrojowej" (Lublin 2005), rozmawia Justyna Wiszniewska

Czy istnieją w polskim prawie uregulowania dotyczące metod sztucznego zapłodnienia, w tym dyskutowanej w ostatnim czasie metody in vitro?
- Obecnie w naszym systemie prawa nie ma przepisów, które odnosiłyby się bezpośrednio do kwestii zapłodnienia in vitro, aczkolwiek uważam, że można wskazać na trzy akty prawne, z których pewne konsekwencje dla tej metody wynikają. Pierwszą podstawą prawną jest artykuł 157a § 1 Kodeksu karnego, który kryminalizuje zamachy na zdrowie dziecka poczętego. W pojęciu "dziecko poczęte" w mojej ocenie zdecydowanie mieści się również dziecko poczęte in vitro - inaczej mówiąc embrion in vitro. Chociaż art. 157a § 1 Kodeksu karnego wprost odnosi się tylko do czynów naruszających zdrowie dziecka poczętego, to uważam, że można go stosować również do spowodowania śmierci. W związku z tym z tego przepisu wynikałoby, że interwencje godzące w życie i zdrowie embrionu in vitro są przestępstwem. W efekcie takie czynności towarzyszące zapłodnieniu pozaustrojowemu, które polegają np. na diagnostyce przedimplantacyjnej, uśmierceniu embrionu czy na prowadzeniu na embrionie badań biomedycznych, podlegają temu przepisowi. Można więc powiedzieć, że życie i zdrowie embrionu in vitro podlega ochronie prawnokarnej. Art. 157a § 1 Kodeksu karnego nie dotyczy bezpośrednio zapłodnienia in vitro, a więc trudno byłoby przyjąć, że zostaje naruszony przez tę interwencję. Natomiast nie sposób uniknąć wątpliwości, czy w systemie prawa, który zakazuje zamachów na zdrowie i życie ludzkiego embrionu, jest w ogóle miejsce na zapłodnienie in vitro. Wszak interwencja ta sama w sobie stwarza dla embrionu śmiertelne niebezpieczeństwa wynikające z powszechnej praktyki tworzenia tzw. embrionów nadliczbowych, a także z samego faktu, że embrion przebywa w warunkach sztucznych. W literaturze medycznej dostrzega się, że nawet minimalna modyfikacja środowiska, w którym przebywa wczesny embrion, może negatywnie wpłynąć na jego prawidłowy rozwój.
Drugi akt prawny, od którego właściwie należałoby zacząć, to Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, której interpretacja, zwłaszcza od czasu słynnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 1997 r., kiedy to uznano aborcję z przyczyn tzw. społecznych za niekonstytucyjną, zmierza w kierunku objęcia ochroną życia i godności człowieka od poczęcia, tzn. również dotyczyłoby to embrionu in vitro. I znowu w świetle takiego standardu konstytucyjnego uważam, że dopuszczalność zapłodnienia in vitro stoi pod wielkim znakiem zapytania. Jednakże pytanie to stawiane jest bardzo rzadko. Mówi się od razu o finansowaniu tej interwencji, a uważam, że dyskusję należałoby zacząć od kwestii dopuszczalności stosowania in vitro w świetle naszego prawa.
Można jeszcze zwrócić uwagę na ustawę o zawodach lekarza i lekarza dentysty z 1996 r., która zabrania poddania embrionu in vitro, nazwanego dzieckiem poczętym, eksperymentowi badawczemu. Oczywiście zapłodnienie in vitro trudno nazwać eksperymentem badawczym i nie wchodzi ono w zakres powołanego przepisu, aczkolwiek znowu, jeżeli w systemie prawa obowiązuje taki przepis, to uważam zdecydowanie, że jest to znak zapytania wobec zapłodnienia in vitro jako takiego. W mojej opinii bowiem, te same racje, które uzasadniają zakaz eksperymentu badawczego na ludzkim embrionie, czyli ochronę ludzkiej godności, dziedzictwa genetycznego, życia i zdrowia, przemawiają przeciwko tworzeniu go w warunkach pozaustrojowych. System prawa, który jednej z tych interwencji zabrania, a na drugą pozwala, naraża się na zarzut niespójności, braku konsekwencji.
Jak wobec tego należy postrzegać fakt działania w Polsce klinik zajmujących się zabiegami in vitro, w których przebieg wpisana jest możliwość uśmiercenia embrionu?
- Ja też zadaję sobie to pytanie. Legalność przynajmniej niektórych interwencji przeprowadzanych w tego typu ośrodkach, z punktu widzenia wspomnianych przeze mnie przepisów, budzi poważne zastrzeżenia. Nie chcę się wypowiadać stanowczo, że te ośrodki działają nielegalnie, bo - jak mówię - w niektórych kwestiach jest to sprawa dyskusyjna. Z całą pewnością, w mojej ocenie, nielegalne są w świetle art. 157a § 1 Kodeksu karnego takie interwencje, jak diagnostyka przedimplantacyjna, jak wszelkiego rodzaju badania biomedyczne niesłużące dobru embrionu in vitro i jak uśmiercenie embrionu in vitro, a one towarzyszą zapłodnieniu in vitro, są z tą metodą ściśle związane. Dużo przemawia za zaliczeniem do tej kategorii także zamrażania embrionów. W związku z tym wszędzie tam, gdzie tego typu interwencje są przeprowadzane, należałoby traktować je jako naruszenie zakazu karnego.
A czy w takim razie jakimś wyjściem z tej sytuacji byłoby sformułowanie przepisu w Kodeksie karnym, który by wprost odnosił się do sytuacji człowieka w fazie embrionalnej w kontekście zapłodnienia in vitro?
- Odnoszenie się bezpośrednio do ochrony embrionu in vitro w przepisach prawnych, które chroniłyby właśnie embrion in vitro, może nie jest najlepszym rozwiązaniem, dlatego że embrion in vitro mieści się w pojęciu "dziecko poczęte". W związku z tym jako bardziej zasadne widziałabym zmodyfikowanie przepisów chroniących dziecko poczęte, czyli wprowadzenie obok artykułu 157a § 1 Kodeksu karnego przepisu, który kryminalizowałby pozbawienie życia dziecka poczętego. Przykładem takiego rozwiązania może być obowiązujący w Polsce do 1996 r. art. 149a § 1 Kodeksu karnego z 19 kwietnia 1969 r. (DzU nr 13, poz. 94 ze zm.) o następującej treści: "Kto powoduje śmierć dziecka poczętego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 2". Wtedy jednoznaczne byłoby to, że również życie embrionu in vitro jest chronione, podczas gdy obecnie jest to dopiero wniosek, do którego dochodzimy w wyniku interpretacji 157a § 1 KK, przyjmującej, że czyn zadający embrionowi śmierć niejako "po drodze" powoduje też u niego uszkodzenie ciała lub rozstrój zdrowia zagrażający życiu.
Jak już wspomniałam, z podanych wcześniej przepisów nie wynika wyraźny zakaz zapłodnienia in vitro ani też, w zasadzie, klonowania człowieka. Tymczasem system prawa, który chroni zdrowie i życie embrionu, a zarazem pozwala na doprowadzenie do jego powstania in vitro, budzi wątpliwości co do swojej spójności i konsekwencji. W związku z tym, jeżeli uznamy, że rzeczywiście metoda in vitro powinna być w naszym systemie prawnym zabroniona, to uważam, że zdecydowanie wymagałoby to odrębnego przepisu, bo te, które mamy, bezpośrednio się do tej interwencji nie stosują.
Czy ewentualne ratyfikowanie przez Polskę Europejskiej Konwencji o Prawach Człowieka i Godności Istoty Ludzkiej wobec Zastosowań Biologii i Medycyny, którą Polska podpisała w 1997 r., zapewni odpowiednie uregulowania prawne dotyczące in vitro w sytuacji braku w naszym prawie przepisów wprost odnoszących się do tej kwestii?
- Nie jest, moim zdaniem, prawdą, że Europejska Konwencja Biomedyczna zapewni embrionowi właściwą ochronę. Jest ona na tyle ogólnie sformułowana, że nie przesądza kwestii dopuszczalności zapłodnienia in vitro lub towarzyszących tej metodzie interwencji na embrionie. Co można ocenić w niej pozytywnie, to jednoznaczny zakaz tworzenia embrionów do celów badawczych (art. 18 ust. 2) oraz zakaz modyfikacji genetycznej komórek linii rozrodczej (art. 13). Konwencja zawiera natomiast dosyć karkołomny przepis art. 18 ust. 1, zgodnie z którym w sytuacji, gdy prawo wewnętrzne danego państwa zezwala na badania biomedyczne na istniejących już embrionach, np. "nadliczbowych", to ma im zapewnić należytą ochronę. Z jednej strony dopuszcza się zatem taką możliwość, że prawo pozwala na badania biomedyczne na embrionach, co oczywiście rozmija się z poszanowaniem godności człowieka, natomiast z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, na czym ta należyta ochrona embrionu miałaby polegać. Wszak niezbędnym warunkiem dla zapewnienia embrionowi możliwości dalszego rozwoju jest umieszczenie w organizmie kobiety, zaś system prawa nie jest w stanie tego skutecznie zagwarantować. W świetle innych aktów prawnych przyjmowanych w ramach organizacji międzynarodowych czy wypowiedzi w literaturze na ten temat często pojawia się taki postulat, że w ramach ochrony embrionu poddanego badaniom biomedycznym nie można przetrzymywać go dłużej in vitro niż 14 dni. Czyli co trzeba potem z nim zrobić? Oznacza to po prostu, że trzeba go uśmiercić! Dlatego uważam, że standard gwarantowany przez Konwencję jest niższy niż to, co wynika z naszej Konstytucji i art. 157a § 1 Kodeksu karnego. Jednocześnie warto podkreślić, że gdyby Polska Konwencję ratyfikowała, to nie byłoby przeszkód ani dla utrzymania obowiązujących przepisów chroniących embrion in vitro, ani dla wprowadzenia przepisów zapewniających mu szerszą ochronę. Artykuł 27 Konwencji stanowi bowiem wyraźnie, że jej przepisy nie mogą być interpretowane w sposób ograniczający prawo państw-stron do wprowadzenia dalej idącej ochrony przed zastosowaniami biologii i medycyny niż przewidziane w Konwencji.
Z metodą zapłodnienia pozaustrojowego związany jest jeszcze inny problem, a mianowicie problem ochrony prawnej już istniejących tzw. embrionów "nadliczbowych"...
- W przypadku tzw. embrionu "nadliczbowego" należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Z jednej strony, w systemie prawnym, który aspiruje do tego, żeby być oparty na zasadach godności ludzkiej, tak jak polski system, każdy embrion, również tzw. nadliczbowy, powinien podlegać ochronie prawnej, to nie ulega wątpliwości. Z drugiej strony, w stosunku do embrionu "nadliczbowego" wielokrotnie prawo jest bezsilne, dlatego że aby go chronić skutecznie, trzeba umieścić go w organizmie kobiety. Tego zaś zagwarantować prawo nie jest w stanie; nie do pomyślenia byłoby wprowadzenie środków prawnych "przymuszających" kobietę do przyjęcia embrionu. W związku z tym nie ma możliwości zapewnienia embrionowi "nadliczbowemu" ochrony w pełni skutecznej ze względu na to, że znajduje się on w środowisku sztucznym. Natomiast z całą pewnością to, co powiedziałam, nie zmienia faktu, że prawo powinno zapewnić tę ochronę na tyle, na ile jest to możliwe, a więc przepis zakazujący uśmiercenia embrionu "nadliczbowego" powinien obowiązywać. W polskim systemie prawa takim przepisem ochronnym jest, jak już wspominałam, art. 157a § 1 Kodeksu karnego, który ma zastosowanie do każdego embrionu, także "nadliczbowego". Natomiast w innych państwach dostrzeżono ten dylemat, o którym mówię, i w związku z tym wprowadzono zakazy tworzenia embrionów "nadliczbowych". Na przykład w Niemczech i w Szwajcarii wprowadzono przepisy, które nie pozwalają na to, aby w jednym cyklu powstała większa liczba embrionów niż trzy ani więcej, niż planuje się w tymże cyklu umieścić w organizmie kobiety, dzięki czemu ograniczona zostaje liczba tych embrionów, które pozostają w warunkach pozaustrojowych po przeprowadzeniu cyklu in vitro. Oczywiście jest to półśrodek, który problemu nie rozwiązał i nie dotknął jego istoty. Z tego, co pamiętam, w Szwajcarii takich embrionów rocznie pozostaje i tak ok. 200. Jak już wspominałam, embriony po cyklu in vitro pozostają w stanie zamrożenia i ten stan również jest zagrożeniem dla ich życia i zdrowia.
A czy te przepisy regulują długość czasu, jakiemu może podlegać zamrożenie embrionu?
- Tak.
Jeśli ten czas minie, to co wtedy?
- No właśnie! To jest kolejne pytanie, które się łączy z problemem embrionu "nadliczbowego". Niemcy nie mają np. takiego przepisu, a w Szwajcarii uregulowane zostało jedynie przechowywanie embrionów powstałych przed wejściem w życie ustawy zakazującej tworzenia embrionów "nadliczbowych". Mogą one być przechowywane do końca 2008 r., przy czym ustawodawca zezwolił na wykorzystanie ich do celów badawczych. W innych państwach, które pozwalają na tworzenie nieograniczonej liczby embrionów "nadliczbowych", są przepisy określające terminy ich przechowywania, najczęściej 5-letnie. Jeśli po upływie takiego terminu nadal nie ma możliwości umieszczenia embrionu w organizmie kobiety, to zostaje on uśmiercony i - co więcej - uśmiercenie go jest w niektórych państwach nie tylko dopuszczalne, ale wręcz nakazane przez prawo, czasem nawet pod groźbą kary. Warto tu przytoczyć przepis francuski, zgodnie z którym po upływie czasu przechowywania embrionów w zamrożeniu należy - tu przytaczam znamienne brzmienie przepisu - "położyć kres ich przechowywaniu". Na tym przykładzie widać, że ustawodawca waha się przed użyciem słowa "uśmiercić", w związku z tym wybiera jakieś inne sformułowanie, które ma znieczulić sumienia na to, że chodzi o zabicie ludzkiej istoty.
Jak wygląda ustawodawstwo dotyczące metod zapłodnienia pozaustrojowego i ochrony embrionu w innych państwach Unii Europejskiej?
- W porównaniu z naszym systemem prawa trzeba powiedzieć, że obce systemy prawa nie dysponują takim przepisem, jak art. 157a Kodeksu karnego, który z jednej strony jest ułomny, jak to już wcześniej wyjaśniłam, ale z drugiej strony jego wielką zaletą jest to, że chroni dziecko poczęte bezpośrednio i chroni przed wszelkimi zamachami na zdrowie, a nie tylko przed wymienionymi z nazwy interwencjami medycznymi. Świadczy to o dużym dowartościowaniu dziecka poczętego w polskim systemie prawa. Natomiast w ustawodawstwach innych państw te mechanizmy ochronne, generalnie rzecz biorąc, sprowadzają się do określonych interwencji biomedycznych, np. eksperymentów, diagnostyki przedimplantacyjnej, wykorzystywania embrionów jako źródła komórek macierzystych, a więc są to interwencje wymienione z nazwy i gdyby doszło do zamachu na ludzki embrion w jakiś inny sposób, to czyn taki mógłby "wymknąć się" spod zakazów prawnych. Bliskie nam jest tutaj prawo włoskie, które przewiduje zakaz karny czynu określonego jako zabicie embrionu in vitro, które podlega karze niezależnie od sposobu, w jaki skutek ten spowodowano. W wielu państwach kryminalizowane są również praktyki komercyjne związane z embrionami, czyli np. sprzedaż embrionu, jego odpłatne nabycie lub pośredniczenie w tego rodzaju transakcjach. Ta ochrona zazwyczaj jest ujęta w formie odrębnej ustawy, która reguluje zakres dopuszczalności sztucznej prokreacji, czyli nie tylko zapłodnienia in vitro, ale też sztucznej inseminacji. Najdalej idącą ochronę embrionów zapewnia prawo niemieckie i prawo włoskie.
Czy w Polsce możliwe jest legalne podarowanie lub sprzedanie embrionu, np. przez jakąś parę, która poddała się in vitro, innej parze? Czy w świetle polskiego prawa można zgłosić tego rodzaju fakt jako przestępstwo?
- Nie jest to bezpośrednio uregulowane, podobnie jak nie są bezpośrednio uregulowane interwencje związane z samym zapłodnieniem in vitro. Polskie prawo karne przewiduje natomiast w art. 253 Kodeksu karnego przestępstwo handlu ludźmi oraz organizowania adopcji dzieci wbrew przepisom ustawy w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Jednakże stosowanie tych przepisów na etapie prenatalnej fazy życia dziecka byłoby kwestią dyskusyjną. Więcej już przemawia za stosowaniem przepisów art. 253 Kodeksu karnego do niektórych przypadków tzw. zastępczego macierzyństwa. Bardzo trudny do oceny prawnej jest natomiast problem nieodpłatnego przekazania embrionu innej parze. Nie można bowiem zapominać, że czasem jest to jedyna szansa uratowania życia embrionu in vitro. Dlatego w świetle naszego prawa trudno to ocenić jako interwencję nielegalną.
Ale w tle przebija przedmiotowe potraktowanie tego człowieka, widać tu poważne ograniczenie chociażby swobód obywatelskich...
- Dawstwo embrionów jest ambiwalentne w ocenie, bo z jednej strony traktuje się ten embrion w sposób przedmiotowy, w tym sensie, że pozbawia się go własnej genealogii, gdy przekazuje się go innym rodzicom, wbrew jego pochodzeniu genetycznemu. Ale z drugiej strony, bardzo często jest to jedyna metoda uratowania życia embrionu i nawet w dyskusji etycznej ocena tych interwencji jest dosyć trudna.
Chciałabym przejść do sprawy finansowania w Polsce metody in vitro z budżetu państwa. Czy tego rodzaju posunięcie otworzy drogę do jakichś rozwiązań prawnych w tej dziedzinie?
- Zanim podjęto by tę kwestię, należałoby rozważyć to, co powiedziałam na samym początku: czy w ogóle zapłodnienie in vitro w świetle naszego porządku prawnego, w tym konstytucyjnego, może być uznane za legalne. Ja tu stawiam znak zapytania - nie rozstrzygam, gdyż to wymagałoby pogłębionej dyskusji. Natomiast gdyby, pomijając ten poziom debaty, od razu wprowadzono finansowanie zapłodnienia in vitro ze środków publicznych, to powstałaby sprzeczność w systemie prawa, gdyż w sytuacji istnienia bardzo dużych wątpliwości co do legalności zapłodnienia in vitro na płaszczyźnie już konstytucyjnej, jednocześnie byłoby ono finansowane ze środków publicznych. I jeszcze jedno. Jeżeli dany system prawa finansuje daną interwencję, to jest to sygnał, że ją aprobuje. W związku z tym nie można wykluczyć, że wprowadzenie finansowania zapłodnienia in vitro mogłoby posłużyć jako pewnego rodzaju argument za tym, aby uczynić tę interwencję legalną. Na pewno taki argument niejeden prawnik by podniósł. Moim zdaniem, nie przesądziłoby to odpowiedzi na pytanie, a raczej świadczyłoby o tym, że po prostu prawo jest wewnętrznie sprzeczne - wysyła sprzeczne komunikaty do adresata norm prawnych - z jednej strony opiera się na zasadzie poszanowania ludzkiej godności i prawa do życia od poczęcia, a z drugiej legitymuje interwencję, która wartości te narusza.
Wygląda na to, że metoda zapłodnienia in vitro stawia przed systemami prawnymi niezwykle trudne problemy - prawdziwe węzły gordyjskie. Czy w związku z tym nie nasuwa się wniosek, że jedynym rzeczywistym i skutecznym wyjściem z sytuacji jest stanowczy zakaz stosowania in vitro, co jednocześnie zapewni rzeczywistą ochronę człowieka w embrionalnej fazie życia?
- Jak już wspomniałam, na pewno pytanie to wymaga rzetelnej, uczciwej debaty, której uczestnicy będą pamiętać, że system prawa oparty na zasadzie poszanowania ludzkiej godności nie może aprobować interwencji medycznych, które z zasadą tą się rozmijają, jakkolwiek szczytne cele miałyby one realizować, że - w związku z tym - pragnienie posiadania dziecka nie może być realizowane kosztem narażenia życia i zdrowia tegoż dziecka na niebezpieczństwa w prenatalnej fazie życia. Osobiście w debacie takiej opowiedziałabym się za zakazem zapłodnienia in vitro. Jak już podnosiłam, nawet jeśli przyjąć taki wariant tej interwencji, w którym nie powstają embriony nadliczbowe, to sam pobyt ludzkiego embrionu w warunkach sztucznych stanowi zagrożenie dla jego zdrowia i życia. W pewnej publikacji medycznej przeczytałam kiedyś, że już sama procedura umieszczania embrionu w organizmie kobiety, tzw. transfer embrionu, związana jest z niebezpieczeństwem "utraty" embrionu, co może zmniejszyć szanse na urodzenie aż o 30 procent. Dochodzi do tego ryzyko, że transfer embrionu w ogóle nie zostanie podjęty, np. z powodu choroby kobiety czy jej rezygnacji z udziału w cyklu in vitro spowodowanej choćby tym, że embrion wykazuje zaburzenia w rozwoju, a pacjentka liczyła na to, że dziecko będzie zdrowe. W innych państwach można nawet znaleźć regulacje uznające rezygnację z umieszczenia w organizmie kobiety embrionu dotkniętego zaburzeniami za wymóg sztuki lekarskiej! Jeśli zaś embrion traci szanse na umieszczenie w organizmie kobiety, to i medycyna, i prawo okazują się bezradne wobec problemu zapewnienia mu warunków koniecznych do dalszego rozwoju. Jedyne, co są mu w stanie "zaoferować", to terminowe lub bezterminowe zamrożenie, które oczywiście nie uchyla pytania o dalszy los embrionu, o ile oczywiście embrionowi uda się to zamrożenie przeżyć.
Dziękuję za rozmowę.
Miłość z wyboru
Choć bardzo tego pragnęli, nie mogli mieć swoich dzieci. Cierpieli, zwłaszcza gdy widzieli szczęśliwych rodziców, którym dane było urodzić i wychowywać swoje dzieci. Dziś również oni są rodzicami - szczęśliwymi rodzicami, którzy poczęli swoje dzieci i urodzili... w sercu.
Asia i Tomek
Państwo Kowalscy bardzo pragnęli mieć dziecko. - Zaczęliśmy się o nie starać zaraz po ślubie. Dziecka jednak ciągle z nami nie było. Po roku zaczęłam się niepokoić i szukaliśmy przyczyny. Robiliśmy z mężem różne badania, które wykazały, że ja jestem bezpłodna. To był dla nas szok. Długo płakałam, a mąż ze łzami w oczach mnie pocieszał. Wydawało mi się, że moje życie straciło sens, że jestem nic niewarta. Pytałam: dlaczego? Przecież tak bardzo kocham dzieci - rozpoczyna swoją trudną opowieść pani Małgorzata.
- To był dla nas bardzo trudny czas. Pamiętam swoje cierpienie i cierpienie Małgosi. Patrzyłem na nią i byłem bezsilny, kiedy ona ciągle wieczorami płakała. Nie umiałem sobie z tym poradzić i poszedłem wyżalić się do... mamy. Kiedyś po pracy wszedłem do domu, a ona, kiedy na mnie spojrzała, zapytała: "Synu, co się stało?". Płakałem i mówiłem jej, jak bardzo zostaliśmy doświadczeni. Kochana mama wysłuchała, nie przerywając mojego potoku słów. Potem przytuliła mnie i powiedziała: "Synu, tyle dzieci czeka na rodziców. Przyjmijcie dziecko...". Nie trzeba mi było nic więcej. Uściskałem ją i wybiegłem. Po drodze do domu kupiłem kwiaty na krakowskim Rynku i pełen szczęścia zapukałem do drzwi. Małgosia zdziwiła się, kiedy zobaczyła mnie z kwiatami, a ja wręczyłem je mojej żonie i pogratulowałem, że właśnie została mamą. Zdziwienie, a potem, kiedy wszystko jej wytłumaczyłem, radość, nieopisana radość... - wspomina pan Andrzej.
Państwo Kowalscy szybko udali się do ośrodka adopcyjnego, ukończyli wymagany kurs, złożyli dokumenty i... czekali na swoją kolej. - Ten dzień na zawsze dla nas będzie niezapomniany. Kiedy byłam w pracy, zadzwonił mój telefon i pani z ośrodka powiedziała mi, że czeka na nas śliczna trzyletnia Asia. Pojechaliśmy niemal natychmiast. Pamiętam ten moment szczęścia, kiedy dziewczynka podbiegła do mnie, rzuciła mi się na szyję i zapytała: "Będziesz moją mamusią?".
Pokochałam ją niemal natychmiast, a ona oddała się nam bezgranicznie. Tak jakby od zawsze była z nami... Kiedy zawieźliśmy ją do babci, ta przytuliła ją i powiedziała do niej: "Nareszcie jesteś!". Tak reagowała cała nasza rodzina - opowiada szczęśliwa mama.
Po roku okazało się, że na świat przyszedł braciszek Asi. - Kiedy zapytano nas, czy weźmiemy dziecko, tak by nie rozdzielać rodzeństwa, ani minuty się nie zastanawialiśmy. Teraz Asia i Tomek są z nami. Myślę, że są szczęśliwi. O naszym szczęściu mówić nie będę. Ono po prostu z nas tryska - mówi pani Małgorzata.
Wybrałam adopcję
- Siedem lat temu wyszłam za mąż. Najpierw nie chcieliśmy mieć tak od razu dziecka, chcieliśmy nacieszyć się sobą. Potem dostałam dobrą pracę, więc nie chciałam z niej rezygnować - mówi pani Dorota, zaznaczając jednocześnie: - Wychowana zostałam w wierze, więc nie stosowaliśmy antykoncepcji, ale metody naturalne.
Po trzech latach małżonkowie dojrzeli do decyzji o dziecku. - Plany Boże okazały się jednak inne niż nasze. Po ludzku trudne do zaakceptowania. Okazało się, że jako małżonkowie jesteśmy bezpłodni. Choć nie było to łatwe, pogodziliśmy się z tym i nie zgodziliśmy się na żadne metody, które byłyby sprzeczne z naszym sumieniem. Proponowano nam je kilka razy, ale zawsze wspólnie mówiliśmy "nie" - opowiada pani Dorota.
Małżonkowie podjęli decyzję o adopcji dziecka i zaczęli robić kurs. - Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się - jeszcze w trakcie kursu - że jestem w stanie błogosławionym... Na kolanach dziękowaliśmy Bogu, bo o tę łaskę bardzo Go prosiliśmy. Po raz kolejny pokazał nam, że prawa ludzkie nie są Jego prawami... Kurs skończyliśmy, bo obiecaliśmy Panu, że jeśli będzie taka potrzeba, w podziękowaniu za Jego miłość odwdzięczymy się miłością. Urodziłam szczęśliwie córeczkę, a pół roku później zadzwoniono do nas z ośrodka, że na rodziców czeka kilkudniowy noworodek. Zabraliśmy naszą Marysię i pojechaliśmy po... Elżunię. Dziś mamy dwoje dzieci. Ile mieć będziemy, czas pokaże. Jesteśmy otwarci na każde życie. Nasz dom otwarty jest na tych, którzy potrzebują miłości - podkreślają małżonkowie.
Krzyś
- To nie była łatwa decyzja w naszym życiu. Byliśmy zdecydowani na adopcję, ale myśleliśmy o malusieńkim dziecku. Tymczasem czekał na nas pięcioletni Krzyś, który został porzucony przez swoich rodziców. Chłopiec w swoim - krótko mówiąc - patologicznym domu nabył różnych nawyków, często takich, których nie dało się akceptować. Zabraliśmy go jednak do nas i pokochaliśmy. Przez kilka miesięcy było bardzo trudno. Chcieliśmy dziecko, które można by tulić, pielęgnować, a dostaliśmy takie, które trzeba było uczyć miłości. Uczyć, że kiedy wyciągam rękę, to nie po to, by je bić... Uczyć, że ze stołu jedzenie można brać i jeść, a nie chować czy jeść po kątach. Miłość i cierpliwość przezwyciężyła trudności. Dziś chłopiec jest naszym cudownym synem. Kochamy go bardzo, a on nas. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że choć było nam ciężko przez kilka miesięcy, dzięki naszej wspólnej miłości małżeńskiej pokonaliśmy trudności, nie żałujemy naszej decyzji i cieszymy się, że razem z Krzysiem tworzymy rodzinę. Chłopiec czasem jeszcze coś powie o swoim dawnym życiu. Z każdym miesiącem robi to rzadziej. A ja, odkąd pewnego wieczoru przyszedł do mnie do łóżka i przytulił się ze słowem "mamo", naprawdę poczułam, że nią jestem - opowiada pani Mirosława.
Małgorzata Pabis
Ze względu na dobro rodzin imiona i nazwiska występujące w tekście zostały zmienione.
I ty możesz zostać rodzicem

Wiele dzieci czeka dziś na swoich nowych rodziców. Wypatrują, marzą, modlą się. Obecnie istnieje wiele form pomocy dzieciom - od adopcji, przez rodzinę zastępczą, aż po rodzinny dom dziecka. Decyzja, w jaki sposób chcemy pomagać, należy do nas... Zamiast siedzieć i płakać, że nie masz dziecka, już dziś podejmij decyzję i zostań mamą lub ojcem!
Jak wygląda proces adopcji?
Adoptować dziecko może zarówno rodzina, jak i osoba samotna. Pierwszym krokiem do adopcji jest kontakt z najbliższym ośrodkiem adopcyjno-opiekuńczym. Podczas spotkania kandydaci na rodziców adopcyjnych zostają szczegółowo poinformowani o procedurze. Podstawowe wymagania dla kandydatów na rodziców adopcyjnych określa Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy. Czytamy w nim m.in.: "Przysposobić może osoba mająca pełną zdolność do czynności prawnych, jeżeli jej kwalifikacje osobiste uzasadniają przekonanie, że będzie należycie wywiązywała się z obowiązków przysposabiającego" i że "między przysposabiającym a przysposobionym powinna istnieć odpowiednia różnica wieku".
Te wymagania uszczegóławia ośrodek adopcyjno-opiekuńczy i sąd.
W większości ośrodków adopcyjnych przy staraniu się o adopcję potrzeba złożyć następujące dokumenty i zaświadczenia:
- odpis zupełny aktu małżeństwa,
- zaświadczenie o niekaralności w formie wypisu z rejestru skazanych,
- zaświadczenie o braku zdrowotnych przeciwwskazań do adopcji wydane przez lekarza pierwszego kontaktu dla obojga kandydatów osobno,
- zaświadczenie o braku zdrowotnych przeciwwskazań do adopcji wydane przez lekarza psychiatrę dla każdego z kandydatów osobno,
- zaświadczenie o zatrudnieniu i o zarobkach,
- opinia z zakładu pracy,
- rekomendacje przyjaciół i znajomych pisane odręcznie z podanym adresem.
Po złożeniu dokumentów w rodzinie przeprowadzany jest wywiad środowiskowy. Rodzice adopcyjni muszą przejść szkolenie oraz badania psychologiczne.
Po ukończeniu szkolenia i otrzymaniu kwalifikacji z ośrodka kandydaci mogą rozpocząć właściwe starania o dziecko. Po znalezieniu odpowiedniego dziecka rodzina składa wniosek o jego przysposobienie wraz ze wszystkimi zgromadzonymi zaświadczeniami do sądu odpowiedniego dla miejsca zamieszkania dziecka. Najczęściej po dwóch rozprawach, jeśli nie ma przeszkód, dziecko zostaje "przyznane" rodzicom.
Inne formy
Dziś adopcja nie jest jedynym sposobem na stworzenie rodziny. Od kilku lat w Polsce istnieją pogotowia rodzinne, rodziny zastępcze, rodziny zastępcze zawodowe oraz rodzinne domy dziecka. Każda z tych form funkcjonuje na różnych prawach, ale każda pomaga znaleźć dziecku dom i rodziców. Zanim małżonkowie podejmą decyzję o formie pomocy dzieciom, warto porozmawiać z pracownikami miejskiego ośrodka pomocy społecznej czy ośrodka adopcyjnego. Oni znają najlepiej potrzeby dzieci oraz warunki, jakie trzeba spełnić, by móc założyć pogotowie rodzinne czy rodzinny dom dziecka. Warto także rozmawiać z tymi, którzy nie czekali latami na dziecko, którego nie ma i nie będzie, ale wyciągnęli rękę do tych dzieci, które już są i czekają na pomoc. Ich zdanie na pewno będzie bardzo pomocne przy podejmowaniu decyzji.
oprac. Małgorzata Pabis
"Nie kupujcie dzieci"
Trzynaście lat temu pani Katarzyna, po długich, bezskutecznych staraniach o dziecko, zdecydowała się na poczęcie maleństwa metodą in vitro. Po kilku próbach udało się i urodziła swoją pociechę - malutką Zosię. Dziewczynka jednak długo chorowała, a lekarze mówili, że czasem tak się dzieje... Dziś jest już z nią wszystko dobrze, tylko że... jej mama często, kiedy na nią patrzy, ma wyrzuty sumienia i boi się, że kiedyś jej córka pozna tę trudną i bolesną dla nich prawdę.
- Kiedy miałam 25 lat, wyszłam za mąż. Miałam skończone studia i marzyłam - podobnie jak mój mąż - o karierze zawodowej. Mówiliśmy sobie, że na dziecko mamy jeszcze czas. I tak bez opamiętania stosowałam środki antykoncepcyjne. Pomalutku gromadziliśmy dobra materialne, żyliśmy wygodnie, nie zastanawiając się nad tym, co będzie kiedyś - rozpoczyna swoją opowieść pani Katarzyna, dodając: - Po kilku latach coraz częściej rodzina i znajomi pytali o dziecko. We mnie pierwszej zakiełkowała myśl, że chcę być mamą. Po kilku miesiącach dojrzał do tego także mój mąż. Odstawiłam środki i... nic. Co miesiąc miałam nadzieję i co miesiąc dziecka nie było.
Niespełniona nadzieja
Małżonkowie zaczęli się niepokoić. Robili kolejne badania, które nie dawały jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziecko nie może się począć. - W końcu wylądowaliśmy w klinice i lekarz zaproponował nam inseminację. Przekonywał, że jest duża szansa. Zgodziliśmy się i pełni nadziei czekaliśmy. Jakież było nasze rozczarowanie, kiedy znowu okazało się, że nie jestem w ciąży - mówi kobieta.
Potem były kolejne próby. Dziecka jak nie było, tak nie było. - Kiedy mówi się o inseminacji, o metodzie in vitro, zapomina się powiedzieć, ile cierpień i upokorzeń niosą dla rodziców te metody. W szpitalach, w których przeprowadza się te metody, często traktuje się kobietę jak rzecz i aplikuje zarodki jak na taśmociągu. Dla mnie to jest "fabryka dzieci", tyle że często eksperyment się nie udaje... Ile tam jest smutku i łez, przekona się tylko ktoś, kto tam był i przeżył to, co my przeżyliśmy... Dodam jeszcze, że za te eksperymenty trzeba drogo, bardzo drogo płacić - podkreśla pani Katarzyna.
W końcu zdesperowani małżonkowie zdecydowali się na metodę in vitro. Za trzecim razem zostali rodzicami. - Kupiliśmy sobie dziecko - mówi kobieta. - Przez wiele miesięcy byłam faszerowana środkami hormonalnymi i to odbiło się na naszym maleństwie. Wkrótce po porodzie okazało się, że nasza Zosia nie rozwija się tak, jak powinna. To był szok, który spowodował, że po wielu latach zaczęłam się znowu modlić. Wróciłam do Kościoła. Pewnego dnia usłyszałam, że metoda, według której poczęła się moja córka, jest niezgodna z nauką Kościoła, że w czasie jej stosowania giną embriony, czyli dzieci. To był kolejny szok. Długo nie mogłam dojść do siebie. Kiedy wróciłam do domu, każde spojrzenie na córkę przypominało mi to, co zrobiłam. Płakałam po nocach, prosiłam Boga, by nam wybaczył, by wybaczyła nam kiedyś nasza córka. W końcu w sakramencie pokuty wyznałam ten grzech i uzyskałam przebaczenie. Sama sobie jednak nie mogłam i nie mogę wybaczyć - wyznaje pani Katarzyna.
Wyrzuty sumienia
Po długiej rehabilitacji i ciężkiej codziennej pracy córka pani Katarzyny "dogoniła" w rozwoju swoich rówieśników. - Ja wierzę, że pomogła nam Matka Najświętsza, którą codziennie prosiłam o pomoc i której obiecałam, że już nigdy - nawet jeśli nie mogłabym mieć więcej dzieci - nie popełnię tego grzechu. Obiecałam Jej także, że będę przestrzegać matki przed tą okrutną metodą, przed tym ciężkim grzechem - dzieli się swoimi przeżyciami pani Katarzyna.
Kończąc swoje świadectwo, kobieta ze łzami w oczach mówi: - Bardzo kocham moją córkę i cieszę się, że z nami jest. Boję się tylko, że kiedyś będę musiała jej opowiedzieć o tym, w jaki sposób została poczęta. Boję się, jak ona zareaguje i czy ja - osoba, która uczy ją, co jest dobre, a co złe - nie stanę się dla niej niewiarygodna. Boję się, czy Zosia będzie umiała to wszystko przyjąć i zaakceptować... Boję się, że będzie sobie wyrzucać - tak jak sobie wyrzucam ja, że jej poczęcie wiązało się z unicestwieniem jej braci czy sióstr. Ilu? Nikt z nas nigdy nie będzie wiedział. I nie uspokajają mnie żadne tłumaczenia medyków, którzy mówią, że wcale embriony nie muszą ginąć. Dla mnie sama taka możliwość jest przerażająca. Nie wiem, czy kiedyś znajdę pokój serca po tym, co zrobiłam swojemu dziecku, swoim dzieciom. Dlatego przestrzegam: nie kupujcie sobie dzieci, tak jak ja to kiedyś zrobiłam!
Małgorzata Pabis
Ciąg dalszy: PRAWDA O IN VITRO