Scieżka obok drogi: Spotkania z legendami | Wprawdzie 8-milionowy Sajgon jest dwukrotnie większy od Hanoi, ale to Hanoi jest stolicą Wietnamu. O ile zatem Sajgon, jak to się mówi, "tętni życiem", o tyle Hanoi oczywiście też "tętni", ale również - podtrzymuje legendę, tak samo jak u nas. Jak wiadomo, legenda jest to wersja wydarzeń z przeszłości, sfałszowana albo dla celów propagandowych, albo pedagogicznych, albo politycznych. Jednym z centrów legendy wietnamskiej jest zbudowane jeszcze przez Francuzów więzienie Hoa Lo, które w czasach wojny wietnamskiej służyło za miejsce odosobnienia dla schwytanych żołnierzy amerykańskich, głównie pilotów, i z tego tytułu zyskało nazwę "Hanoi Hilton".
Na przybyszu z Polski, który widział Oświęcim i Majdanek, a także słyszał o więzieniach UB, w których "człowieki honoru", do spółki z wybitnymi przedstawicielami późniejszej "lewicy laickiej", mordowali polskich patriotów (nawiasem mówiąc, dlaczego w 19. roku od obalenia komunizmu nie powstał, dajmy na to, na Rakowieckiej w Warszawie czy w więzieniu mokotowskim jakiś komunistyczny skansen, w którym młodzież mogłaby zapoznać się z metodami utrwalania władzy ludowej, no i poznać rodowody najwybitniejszych "utrwalaczy"? Skoro już tak się wszyscy trzęsą nad "legendą Lecha Wałęsy", to czemu żałujemy sobie innych, znacznie prawdziwszych legend?), więzienie Hoa Lo nie robi wielkiego wrażenia, może poza tym, że więźniom siedzącym w wieloosobowych celach wkładano jedną nogę w dyby. Te dyby, podobnie jak gilotyna, stanowią symbole okrucieństwa francuskiego panowania w Indochinach, ale na tle niemieckich obozów lub sowieckich łagrów wygląda to szalenie poczciwie. To wrażenie zostaje dodatkowo podtrzymane fotografiami dokumentującymi, jak to dobrze było tu Amerykanom. Są tam zawsze tak radośnie uśmiechnięci, że człowiek się dziwi, iż w ogóle chciało im się wracać stąd do Ameryki, kiedy już wojna się skończyła i "Hanoi Hilton" został przekształcony w centrum legendy, podczas gdy zadania praktyczne przejęły obozy reedukacyjne, których obecnie już "nie ma". Tak w każdym razie wszyscy nas zapewniają, jednak na pytanie, czy gdyby tak ktoś na rogu ulicy krzyknął, dajmy na to "precz z komunizmem!", zostałby aresztowany, odpowiadają, że "oczywiście". W takim razie gdzieś takich delikwentów trzeba potem przetrzymywać, chyba że żaden nie próbuje niczego takiego wykrzykiwać.
I chyba tak jest rzeczywiście, co u nas za pierwszej komuny nazywało się "świadomą dyscypliną". Co innego cudzoziemcy; tym najwyraźniej przewraca się w głowie. Oto grupa Koreańczyków, naturalnie z Korei Południowej, fotografując się na tle mauzoleum Ho Chi Minha, rozwinęła jakiś transparent. Natychmiast pojawił się milicjant, transparent odebrał, a po krótkich pertraktacjach wprawdzie oddał, ale uczestnicy wycieczki pokornie go zwinęli. Widocznie skądś wiedzą, że lepiej na własnej skórze nie sprawdzać wiarygodności pogłosek o obozach reedukacyjnych. Zresztą na ulicach w Hanoi, podobnie jak w Sajgonie, komunizmu specjalnie nie widać, bo wszyscy czymś handlują, coś wyrabiają w maleńkich warsztacikach i coś gotują w jadłodajniach, ulokowanych wprost nachodnikach w pobliżu rynsztoka. W Sajgonie jest wprawdzie "Wasz Russkij Dom", podobnie jak wielki pomnik Lenina w Hanoi, ale poza tym najważniejszy jest Ho Chi Minh. Okazuje się jednak, że nie tyle z powodu komunizmu, ile ze względu na wyzwolenie spod francuskiego panowania i zjednoczenie państwa wbrew Amerykanom. Wygląda na to, że tutejszy komunizm ma grubą podszewkę nacjonalistyczną, czego najwyraźniej nie potrafią zrozumieć nasi durnie, walczący z "nacjonalizmem". Mauzoleum Ho Chi Minha stoi niedaleko pałacu ostatniego francuskiego gubernatora Indochin, ale wietnamski bohater narodowy nie chciał w nim mieszkać, jako zbyt luksusowym, zadowalając się skromniejszymi, a przede wszystkim utrzymanymi w narodowym stylu pomieszczeniami. Był on z zawodu nauczycielem i po dwóch latach pracy wsiadł na francuski statek, którym popłynął do Europy. Najwidoczniej z pensji nauczyciela mógł sobie zaoszczędzić na bilet. Dzisiaj nie wszystkim ta sztuka by się udała, ot, na przykład pannie Wuj, z którą wdałem się łamanym językiem ("moja twoja zjeść") w rozmowę na temat zarobków. Zarabiając równowartość 110 dolarów miesięcznie, raczej na bilet by sobie nie zaoszczędziła i ta okoliczność pozwala nam z zupełnie nowej strony spojrzeć na okrucieństwa francuskiego kolonializmu, o których opowiada ekspozycja w więzieniu Hoa Lo.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl |
| |
|
|