Scieżka obok drogi: Cukierkowe kokosy | W Wietnamie chyba nic się nie marnuje. Takie można w każdym razie odnieść wrażenie, patrząc na przydrożne sklepiki handlujące dosłownie wszystkim oraz warsztaty, których właściciele naprawiają wszechobecne tu motocykle przy pomocy narzędzi i maszyn, które w Unii Europejskiej nie zostałyby pod żadnym pozorem dopuszczone do użytku. Ale inaczej nie można, bo ta niebywała zdolność do improwizacji jest konsekwencją ekonomicznej konieczności. Kredyt bankowy, o ile w ogóle można by go dostać na uruchomienie przedsiębiorstwa, kosztuje, jak zapewnił mnie przewodnik, 21 procent, a nie wygląda na to, żeby zysk od zainwestowanego w ten sposób kapitału mógł być większy. Toteż na każdym kroku widać akumulację pierwotną, to znaczy - zdobywanie pieniędzy jak tylko się da. Niektóre początkujące przedsiębiorstwa są po prostu skrzynkami lub pojemnikami wystawionymi na poboczu drogi. Uruchomienie czegoś takiego nie kosztuje wiele; prawdę mówiąc - tyle, co nic, a chyba jedynym wsparciem, jakie tego rodzaju przedsiębiorczość doznaje ze strony socjalistycznego państwa, jest to, że nikt takich przedsiębiorców nie przepędza w imię na przykład "estetyki szlaków komunikacyjnych". Jeśli zatem estetyka trochę może i cierpi, to ludzie mogą jakoś wiązać koniec z końcem, a nawet powolutku się dorabiać na zasadzie od pojemnika na poboczu drogi do straganu, a nawet - własnej manufaktury.
Bo właśnie przejechawszy 2 godziny drogi na południe od Sajgonu, obejrzałem taką manufakturę, wytwarzającą z orzechów kokosowych cukierki podobne trochę do naszych "krówek". Każdy inspektor badający przestrzeganie unijnych standardów nie tylko nakazałby zamknięcie tej firmy, ale prawdopodobnie również aresztowanie wszystkich jej właścicieli, będących zarazem pracownikami. Nie ma tam bowiem wyraźnego oddzielenia jednych szlaków komunikacyjnych od innych, między innymi dlatego, że pod plandeką rozpiętą na drągach nie ma mowy o wytyczaniu jakichści "szlaków". A właśnie pod tą plandeką mieści się cała fabryka, łącznie z paleniskiem, na którym w miednicy podgrzewany jest syrop wyciśnięty ze zmielonego uprzednio miąższu kokosowego. Jeden z pracowników miesza w nim drewnianą łopatką i stopniowo go zagęszcza. Potem tę zagęszczoną masę umieszcza się w wąskich, podłużnych formach, gdzie stygnie, a następnie kobieta wielkim nożem kroi paski na porcje, podczas gdy pozostałe zawijają je w papierki i pakują w pudełka. Zdolność produkcyjna tej fabryczki wynosi około 8 tysięcy cukierków dziennie, a firma najwyraźniej przynosi dochody, o czym świadczyły prowadzone obok prace budowlane, polegające na betonowym umocnieniu brzegu jednego z kanałów biegnących od głównego nurtu Mekongu, który rozlewa się tam na szerokość ok. 2 km, żeby na umocnionym w ten sposób miejscu rozpiąć na drągach drugą plandekę i w ten sposób podwoić moce produkcyjne, zwiększyć produkcję i zyski, które pozwolą z kolei na wprowadzenie jakichś udogodnień mechanicznych - i tak dalej.
Wydaje się, że tutaj właśnie leży przyczyna, dla której kraje azjatyckie wygrywają konkurencję z Europą w dziedzinach niewymagających specjalnego technologicznego zaawansowania. Wprawdzie biurokracja i tutaj istnieje, o czym mogłem się przekonać już na sajgońskim lotnisku, ale widocznie żyje z czegoś innego niż utrudnianie ludziom życia "standardami". Być może nadzoruje ich politycznie i przekonuje o wyższości ustroju socjalistycznego, który, jak wiadomo, jest najlepszy pod słońcem. Obawiam się jednak, że w Azji, chociaż wszyscy tę bajkę jeszcze powtarzają, to mało kto w nią jeszcze wierzy, podczas gdy w Unii Europejskiej socjalizm dopiero szykuje się do przeżywania drugiej młodości.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl |
| |
|
|