Nie tego spodziewali się wielbiciele "dziennikarskiego talentu" Tomasza Lisa. W swym kolejnym programie publicystycznym ulubieniec widzów opłacających telewizyjny abonament zajął się m.in. "antysemityzmem" profesora Jerzego Roberta Nowaka. Dziennikarz uzbrojony był w nagrania z fragmentami wystąpień profesora, jednak prawdopodobnie nie miał czasu na przesłuchanie ich przed programem. Doszło do sytuacji kuriozalnej. Tomasz Lis przypuścił na profesora Nowaka srogi atak. Był przecież przekonany, że nagranie zawiera "dowody" jego antysemityzmu... Jednak po wyemitowaniu materiału część gości w telewizyjnym studiu ze zdumieniem odkryła, że przedstawiony odczyt nie zawierał antysemickich wypowiedzi - a jedynie antykomunistyczne. Nagranie zostało odtworzone ponownie. Kolejni widzowie mogli przekonać się, że oskarżenia Lisa były fałszywe! Nieprzychylne słowa pod adresem komunizmu i komunistów trudno przecież uznać za dowód antysemityzmu...
Bezradny dziennikarz nie miał pod ręką innych nagrań.
- Czyli antysemityzm będzie dopiero wtedy, gdy Nowak powie: "Zabić Żydów" - skwitował kwaśno Lis.
Swą porażkę przyjął jednak z podniesionym czołem. Nie rozpłakał się. Profesjonaliście przecież nie wypada.
Tomasz Tobolski