Prezydent high technology | W demokracji "człowiek zasad" kosztuje tylko nieco więcej.
Nicolas Gomez Davila
Wybory ludzi na najwyższe stanowiska w państwie to spektakl coraz bardziej wirtuozerski. Aktorsko bez zarzutu. A jeżeli tym państwem jest największe mocarstwo? Nikt chyba nie może czuć się zawiedziony. Scena, na jakiej ów spektakl się odbywa, to scena, do której należy każdy stan tego ogromnego kraju. Cała maszyneria działa bez zarzutu, wszystko doprowadzone do perfekcji. Widownia ma stały dostęp do głównych bohaterów. Kurtyna nie może się zacinać, toteż główne stacje telewizyjne pracują bez przerwy. Chodzi o relacje "na gorąco" - wzniosłych mów bohaterów, łez wzruszenia i anegdotek rodzinnych.
Cały smak tego spektaklu to widownia przykuta do foteli, śledząca z zapartym tchem popis reżysera i nienaganną grę aktorów. Widownia, trochę jak z "Big Brothera", przekonana, że za zasłoną wysokiej technologii - precyzyjnego przygotowania psychologicznego i socjotechnicznego - kryje się prawdziwe życie. Że dwaj wojownicy ścierają się na rzeczywiste argumenty, że mówią to, co myślą, że chcą ze wszystkiego się "wyspowiadać" przed ludem, że chcą ze wszystkich sił pociągnąć go w kierunku swojej - pięknej - wizji państwa. Państwo w tej wizji kieruje się dobrem człowieka, sprawiedliwością, pragnie dobrobytu i szczęścia każdego, bezpieczeństwa wszystkich i poszanowania przeszłości, odpędza zło i nagradza dobro. Takie państwo to religia, idol, bożek. A gra nie toczy się, niestety, między głównymi bohaterami dramatu - lub, jak kto woli, komedii - lecz toczy się o nas, o widownię. Zelektryzowaną, podnieconą, z wypiekami na twarzy. O to, na ile da się uwieść, zaprowadzić w krainę marzeń.
W naszym kraju dobrze przećwiczyliśmy wybory wysokich technologii. Te ostatnie zawierały pełny kalejdoskop wzruszeń, podniosłości, były festiwalem pięknych słów, wdzięcznych póz i ujmujących gestów, przynajmniej jednego z bohaterów wielkiej sceny, jaką była Polska. "Polska Tuska czy Polska Kaczyńskiego?", brzmiało pytanie. "Ameryka Obamy czy McCaina?". Jeśli ktoś z głównych person dramatu potraktuje to pytanie na serio, może mu naprawdę zawirować w głowie. A tymczasem gdy oszalały z emocji tłum wiwatował i płakał ze wzruszenia, przeżywał, denerwował się i wściekał, zastygał w przerażeniu lub oddawał się tańcowi radości, cichy, spokojny głos w reżyserce dyrygował: "Ująć tu fałd na skórze, a przydać tam", "Więcej światła na usta, a teraz na palec wskazujący". "Zostawić te krople potu na czole". "Teraz rozkołysany krok", "Głośniej te śmiechy..." itd. Cóż, te naprawdę wysokie technologie zajmują się rzeczą dość przyziemną - jest nim sprzedaż wizerunku.
Możemy być spokojni, to nie Ameryka przegrała. Po prostu wizerunek prezydenta Obamy był droższy. Młodość (nawet jeśli metrykalnie jest to wiek średni - ale od czego są kosmetyki, siłownie i masaże?) kosztuje więcej i jest chętniej oglądana (co przekłada się na punkty procentowe, to chyba jasne).
Skąd my to znamy? Sprężysty krok i uśmiech równie "sportowy". Blask dużych oczu i dużo wiary w siebie. To wszystko naprzeciw sylwetki nieco "podtatusiałej" i posiwiałych włosów... Szkoda gadać. Wynik wyborów - zarówno w Polsce, jak i w Stanach - był przesądzony od pierwszej chwili, gdy ujrzeliśmy fotografie obu rywali do urzędu premiera czy też "fotela prezydenckiego". Istotnie, określenie to jest zaskakująco trafne. "Fotel" ujmuje zwięźle całą fasadowość stanowiska. Osób, które siedzą w reżyserce, nigdy nie poznamy.
Można natomiast zadawać pytanie, co jest magnesem przyciągającym wielomilionową widownię do oglądania tego spektaklu? Ludzie, którzy znają przeszłość - zarówno polityczną, jak rodzinną kandydatów - nie muszą przecież zadawać sobie kary, w postaci wątpliwej jakości "rozrywki" - śledzenia rzekomo merytorycznych "pojedynków" słownych na scenie. (Przypomnijmy sobie ostatnie przedwyborcze spięcie Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, w którym role były z góry określone, zwycięzcą miał zostać Donald Tusk - i został nim.) Dlaczego człowiek, który powtarza wciąż to samo, czasem używając innych sformułowań, zostaje gwiazdą? Dlaczego nie wystarcza wydrukowany, czarno na białym, jego program wyborczy, biografia - jego i jego współpracowników - przejrzystość czynów? Dlaczego ludzie znajdują jakąś wyjątkową przyjemność w oglądaniu swojego bohatera, wsłuchiwaniu się w jego bon moty?
Skojarzenie z gladiatorami w rzymskim Koloseum narzuca się samo. Walka zawsze podnieca. Ciała nie muszą ociekać krwią, by widownia - spragniona igrzysk - wyła z zachwytu. Tam śmierć była prawdziwa. Tu jest tylko "cywilna" czy - jak kto woli - "moralna", ale można się do woli sycić widokiem ofiary. W sumie kampanie wyborcze to nic nowego. Bo człowiek pozostaje taki sam. Nowe są tylko technologie.
A co do przejrzystości biografii i czynów, to w świecie "faktów medialnych" trudno określić, "co to jest prawda?". Rzeczywistość można zmieniać bezszelestnie, bezwonnie i bez najmniejszego śladu. Dla dobrych psychologów nie pozostaje też większą trudnością tak sterować emocjami wyborców, by po prostu nie chcieli poznawać przeszłości swoich idoli. Nie ona jest interesująca. Wolą swoje marzenia. Dobry reżyser wie doskonale, że aby spektakl trzymał w napięciu, nie należy wszystkiego dopowiadać. Trzeba zostawić coś wyobraźni widzów. I ta wyobraźnia podpowiada: "On jest nie tylko piękny. Ta gładka twarz skrywa wrażliwą duszę. Ktoś, kto jest tak piękny i dobry, musi też być mądry...". I tak dalej. Człowiek ma ogromną potrzebę pozytywnego myślenia o tym, kto mu się podoba. W języku zaawansowanych technologii nazywa się to "wolnością wyboru", "demokracją".
Nie łudźmy się. Kampanie wyborcze przygotowują ludzie, którzy naprawdę nas znają. Wiedzą, jak jesteśmy skonstruowani i czego nam trzeba. Być może my nie rozszyfrowaliśmy naszych kandydatów, ale ci, którzy za nimi stoją, rozszyfrowali nas. Nas należy tylko przyciągnąć na widownię.
Nowy prezydent Ameryki stworzy z pewnością nową sytuację cywilizacyjną i kulturową kraju niegdysiejszych białych osadników z Europy. Chrześcijan, przywiązanych do Dekalogu. Naturalnie, ta zmiana nie będzie taką zupełną rewolucją. Od czasu "czerwonego Hollywood", które zaczęło swoje produkcje filmowe jeszcze w latach 40., czy rewolucji seksualnej, która rozpoczęła się w mediach i w amerykańskich campusach w latach 60., oraz rewolucji kulturalnej, którą podchwyciły środowiska akademickie prestiżowych uczelni (państwo to źródło przemocy, podobnie jak Kościół, rodzina, prawo, armia, które muszą iść na śmietnik), a także wejścia w życie takich aksjomatów ideologicznych, jak poprawność polityczna i wielokulturowość, a przede wszystkim, od czasu zmiany ustawodawstwa chroniącego życie - wszystko odbywa się etapami, krok po kroku, zagarniając stopniowo coraz większe obszary życia publicznego.
Czas pokaże, czy w dobie, gdy życiem tym sterują wysokie technologie elektronicznego przekazu i coraz bardziej perfekcyjnej wiedzy o człowieku, obroni się na tym kontynencie amerykański patriotyzm i ludzka rodzina.
A przecież zaskakująca frekwencja w tych wyborach ujawniła, że determinacja obrońców tych fundamentów życia państwa i narodu amerykańskiego jest ogromna.
Ewa Polak-Pałkiewicz |
| |
|
|