Orzeł i reszka: "Ketman" i inni | Lesław Maleszka TW "Ketman" - przez lata gwiazda "Gazety Wyborczej" - przyznał w wyemitowanym w TVN 24 czerwca wieczorem filmie "Trzech kumpli", że jego donosy mogły mieć "daleki związek" ze śmiercią Stanisława Pyjasa w 1977 roku. Z filmu wynika, że śmierć młodego studenta działającego w opozycji antykomunistycznej nie była skutkiem zbyt mocnego pobicia, które miało go jedynie zastraszyć, ale została świadomie zaplanowana jako zabójstwo. Niewykluczone, że zagrożony dekonspiracją Maleszka dał cynk SB, a ta zleciła zabójstwo, by nie stracić jednego z najcenniejszych agentów.
Maleszka do 2001 roku, gdy zostały ujawnione jego esbeckie powiązania, był czołowym publicystą "GW". Po upublicznieniu jego ciemnej przeszłości nadal miał tam ciepłą posadkę, a ostatecznie odszedł z "Wyborczej" dopiero na parę dni przed premierą filmu. Przy okazji wyszło na jaw, że choć tylko "adiustował" teksty innych autorów, zachował jednak pewien wpływ na linię "GW", czemu oficjalnie zaprzeczano. Gdyby nie wstrząsający film "Trzech kumpli", "Ketman" zapewne byłby nadal opłacany przez "GW", a byłoby to przedstawiane jako "wspaniałomyślny gest" Adama Michnika. Teraz kierownictwo "Wyborczej" wpadło we własne sidła i objawiło swą hipokryzję i obłudę. Bo skoro - co przez lata wbijano czytelnikom "GW" - archiwa SB "to kupa gnoju", tajni współpracownicy to nie kaci, ale ofiary, a "kłamstwa SB" nie mogą mieć dzisiaj znaczenia, to dlaczego Maleszka został w końcu zwolniony?
Daje do myślenia ta wieloletnia wyrozumiałość i utrzymywanie konfidenta bezpieki uwikłanego w śmierć działacza opozycji, i to w sytuacji, gdy wiele ofiar SB dziś nie ma środków do życia. Roman Graczyk, były dziennikarz "GW" i autor ważnych tekstów na jej łamach, w przeszłości przeciwnik lustracji, w wywiadzie dla "Dziennika" następująco opowiadał o stosunku kierownictwa "Wyborczej" do lustracji i o rewizji swoich poglądów. "Moja konwersja zaczęła się jeszcze przed sprawą Maleszki i była wynikiem pojawiania się coraz to nowych nazwisk tajnych współpracowników, których nieskazitelność wydawała się do tej pory niepodważalna, za których Adam Michnik czy Helena Łuczywo ręczyli słowem honoru, o których mówili, że wiedzą, z kim ramię w ramię walczyli o wolność, i esbecja nie będzie im dyktowała ich oceny. Ale pojawiały się przypadki niepodważalne i oczywiste - jeden, drugi... piąty zdekonspirowany TW. (...) Coraz bardziej miałem poczucie uczestniczenia w jakimś kłamstwie, czułem się niestety elementem machiny nastawionej na to, by zohydzić lustrację bez względu na to, jaka jest o niej prawda".
O Lesławie Maleszce już wiemy. A jaką mamy pewność, że w "GW" nie ma innych tajnych współpracowników peerelowskiej bezpieki? Przecież w marcu 2007 roku, a więc w okresie, gdy obowiązywała jeszcze ustawa lustracyjna i dziennikarze podlegali lustracji, prasa ujawniła, że dziennikarze "Gazety Wyborczej", która była jednym z liderów akcji bojkotu oświadczeń lustracyjnych, otrzymali z sekretariatu redaktorów naczelnych tego dziennika "instrukcję", w jaki sposób uniknąć lustracji.
Jaką mamy pewność, że i w innych mediach nadal nie pracują agenci SB, a prominentni dziennikarze, którzy zwalczają lustrację, nie czynią tego w dobrze pojętym własnym interesie? Jaka jest wiarygodność środków przekazu, które nie zostały zlustrowane, a dramatyczne apele prawych dziennikarzy o ujawnienie swoich oświadczeń lustracyjnych pozostają głosem wołającego na pustyni?
Bez lustracji dziennikarzy nie ma wolnych mediów. Dlatego - mimo iż obecnie nie jest to jeszcze ustawowym obowiązkiem - dla dobra mediów potrzebne jest zamieszczanie na stronach internetowych redakcji oświadczeń lustracyjnych pracujących w nich dziennikarzy. Potrzebne jest także całkowite otwarcie archiwów i powszechny do nich dostęp, by Polacy mogli poznać prawdę o totalitarnym systemie. Tylko prawda ma moc oczyszczenia tego bagna.
Jan Maria Jackowski |
| |
|
|