Kościół polski w oczach liberała | Kościół jest Ikoną Chrystusową w swojej głębi i sakramentalności. Ale może mieć różne obrazy w swej stronie zewnętrznej, ludzkiej i historycznej. Są obrazy pełne i niepełne, prawdziwe i nieprawdziwe, pozytywne i negatywne, malowane miłością i ochlapywane nienawiścią. Ale dzieci Kościoła winny zawsze dbać o jego piękno, czystość, świetlaność i urok dla człowieka. I oto dzisiaj toczy się i u nas walka o prawdziwy obraz Kościoła polskiego. Chcę tutaj przedstawić możliwie krótko obraz malowany farbami liberalnymi, antyklerykalnymi i krytycznymi.
"Spowiedź antyklerykała"
Jeden taki obraz przesadnie krytyczny, z marzeniem jednocześnie o "Kościele liberalnym" przedstawił p. red. Tomasz Wołek w artykule pt. "Spowiedź antyklerykała" ("Gazeta Wyborcza" 24-25 maja 2008 r., s. 30-31). Warto na ten artykuł zwrócić uwagę, gdyż doskonale - jak myślę - reprezentuje on poglądy polskich liberałów katolickich, lewicy katolickiej i części inteligencji postsolidarnościowej. A trzeba pamiętać, że Kościół polski jest coraz bardziej systematycznie atakowany z pozycji niszczącej ideologii liberalistycznej. Przy tym nie mieliśmy rządów bez reszty czystych i naszych, a rząd obecny zmierza prosto do niszczenia państwa polskiego i Kościoła polskiego, a szczególnie przestępcze i brutalne, i bezkarne działania są wymierzone przeciwko katolickiemu ośrodkowi toruńskiemu. Sytuacja robi się tragiczna, społeczeństwo śpi, Kościół nie ma głosu, a instytucje prawne są albo bezsilne, albo stronnicze. Trzeba będzie podejmować czynną obronę Polski i Kościoła.
Polemikę z artykułem o Kościele jest prowadzić dość trudno, ponieważ jego autor używa słowa "Kościół" w różnych znaczeniach: raz jako sakramentalna instytucja zbawcza, drugi raz jako jego strona ludzka, raz jako hierarchia, drugi raz jako Lud Boży, czyli wszyscy wierni, raz jako struktura, drugim razem jako poszczególne zachowania jednostek. Łatwo tu o logiczny błąd wieloznaczności terminu. Jeśli jednak w tytule jest słowo "antyklerykał", to autor zapewne Kościół rozumie tylko jako hierarchię, czyli kler, nie wlicza weń katolików świeckich, a więc i siebie.
"Kościół monumentalny i surowy"
Pan red. Tomasz Wołek zauważa słusznie, zwłaszcza z pozycji liberała, że w swej szacie zewnętrznej i wychowawczej Kościół jawił się dawniej bardziej jako monumentalny i surowy, jak pisał Romano Guardini: "zimny". Monumentalna, sakralna liturgia, niezrozumiały język - łacina, kapłan wyniosły i hieratyczny, sieć nakazów i zakazów, napominanie, groźby, kary. Było mało miłosierdzia. Surowo traktowano rozwodników, związki niesakramentalne, dzieci nieślubne, odmieńców. I było coś z "obsesji grzechu". Takie rzeczy i odczucia można by mnożyć. Ale nie można sugerować myśli, że Kościół się mylił i że był zły, bo nie był od początku liberalny. Trzeba mieć myślenie historyczne, według którego nie wolno przestawiać epok. A szata zewnętrzna Kościoła musi mieć swój kontakt z daną epoką, choć Kościół w swej głębi zawsze chce nieść miłość i miłosierdzie.
Poza tym Kościół musi mieć jednak swoje twarde jądro, żeby zachować swoją tożsamość przez wszystkie wieki. I tutaj można trochę zmieniać ilość i formy nakazów i zakazów, ale nie można ich znieść w ogóle, jak chce niedorzeczna, liberalna teoria wychowania Johna Deweya. Przede wszystkim sam dekalog żydowsko-chrześcijański ma formę nakazów i zakazów. Przy tym tylko dwa przykazania mają formę nakazu: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił (3), i: Czcij ojca swego i matkę swoją (4). Pozostałe mają formę zakazów: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną (1), Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno (2), Nie zabijaj (5), Nie cudzołóż (6), Nie kradnij (7), Nie mów fałszywego świadectwa (8), Nie pożądaj żony bliźniego swego (9), Ani żadnej rzeczy, która jego jest (10).
W każdym razie ucieczka od monumentalności Kościoła w kierunku ciepłej psychoterapii i zabawowego towarzystwa oraz ucieczka od nakazów i zakazów w ogóle byłyby niesensowne i niszczące Kościół. Istotne jest zatem, żeby strona subiektywna wierzącego odpowiadała rzeczywistości obiektywnej. Liberalizm tymczasem chce wszystko zsubiektywizować. Całkowita bezstresowość jest niemożliwa i byłaby zabójcza, pewnego rodzaju stresy, zwłaszcza stresy dobre, eustresy, są twórcze i rozwijające, a w wychowaniu pomagają odbierać realność życia.
"Duma chrześcijanina"
Prawdziwe jest spostrzeżenie, że od połowy lat 70. tamtego wieku Kościół otworzył się szeroko na świat pozakościelny. Wychodziły takie periodyki, jak "Tygodnik Powszechny", "Znak", "Więź", ja sam w nich pisywałem, ale pojawiały się w nich także teksty katolików inaczej, niekatolików, ateistów, agnostyków. Kościół tworzył atmosferę, która była oazą dla opozycji demokratycznej, i wielu ludzi odkrywało Kościół i się nawracało. Z kolei duża część inteligencji komunistycznej zaczęła się szczerze interesować nauką katolicką i otwierać się na dialog. Uczestniczyłem i ja w wielu spotkaniach naukowych razem z innymi profesorami z KUL: ks. Tadeuszem Styczniem, ks. Andrzejem Szostkiem, Jerzym Gałkowskim, Jerzym Kłoczowskim i wieloma innymi. Zostałem też wybrany na członka Komitetu Nauk Filozoficznych PAN. Rozprawialiśmy o stosunkach państwo - Kościół, o godności człowieka, o sensie życia, o filozofii dziejów, o pokoju międzyludzkim, o istnieniu Boga, duszy, nieśmiertelności itd.
Później rozchodziły się wieści, że Adam Michnik ochrzcił syna w Kościele, chciał się też doktoryzować na KUL z filozofii, że Bronisław Geremek czytał lekcję na Mszy odpustowej, że Andrzej Szczypiorski odmawiał kiedyś Różaniec i że Gustaw Holoubek śpiewał Godzinki. W każdym razie niemal cała opozycja uczestniczyła tłumnie we Mszach za Ojczyznę. Następowało zbratanie inteligenta z prostaczkiem. Aż my, duchowni, czuliśmy się trochę onieśmieleni, że nie dorastamy do tych elit.
Jaka była przyczyna tego zbratania, o którym pisze Tomasz Wołek? Ja myślę, że przyczyną była wspólnota chwili. Z jednej strony dzięki Soborowi Watykańskiemu II, a z drugiej - dzięki przemianom w marksizmie i ruchom opozycyjnym zaczęliśmy odczuwać głębiej wspólnotę zniewolenia, konieczność odrzucenia totalitaryzmu i szansę zbudowania nowego domu polskiego. A przy tym my, chrześcijanie, czuliśmy się dumni, że już nas nie lżą, że stanowimy również elitę duchową i że jesteśmy jako chrześcijanie społeczeństwu niezbędni. Jednocześnie w naszym Kościele znajdowali swój dom niekatolicy, Żydzi, niewierzący i cała opozycja znalazła tu również swój dom polityczny i zaczęła się interesować katolicką myślą społeczno-polityczną.
"Kościół się pogubił"?
Co się stało na początku lat 90.? Pan redaktor pisze, że wtedy "Kościół się pogubił". "Wybitni teologowie - pisze - porzucają stan duchowny. Następuje kryzys powołań. Kontakty z księżmi bywają nierzadko przykre, a biurokratyzacja i bezduszny formalizm procedur (pogrzeby, śluby etc.) - coraz bardziej rażące. Język homilii i kazań grzęźnie w rutynie, zastyga w formach anachronicznych, niezrozumiałych dla większości wiernych. Publiczne wypowiedzi wielu hierarchów bywają nacechowane arogancją i agresją, pełne są jadu i złości. Duchowni angażują się w politykę. Górę biorą postawy podszyte antysemityzmem. Od Kościoła odpływają wzbierającą falą kolejne roczniki młodzieży" (tamże s. 31).
I oto tutaj, niestety, czytelnik przeciera oczy, co się stało z inteligentnym i poważnym liberalnym dziennikarzem. U podstaw tego fragmentu jest założenie, że Kościół upadł i zdradził anielską inteligencję liberałów i katolewicy. Przecież rzecz się ma odwrotnie. Kościół polski, przyjmując do swego domu wszystkich owych ludzi, wyhodował sobie kłębowisko żmij na sercu. Ci ludzie zdradzili Kościół, a także przeważnie Polskę. Popędzili nagle po władzę i pieniądze. Sens ten wynika nawet z przyjaznej skądinąd pracy o środowisku warszawskim. Myślę o pracy kapelana środowisk twórczych w Warszawie ks. dr. Wiesława Niewęgłowskiego "Nowe przymierze Kościoła i środowisk twórczych w Polsce w latach 1964-1996. Doświadczanie warszawskie" (Warszawa 1996, s. 253). Byłem tej pracy recenzentem.
Z czasem ta zdrada stawała się coraz bardziej perfidna. To nie Kościół się zmienił i duchowieństwo, lecz odkryła się naga postawa większości inteligencji liberalnej, postkomunistycznej, filosemickiej i masońskiej. Nastąpiły różne działania, nie tylko emigracyjne z Kościoła, ale także bardzo szkodliwe i wrogie:
- próby przetwarzania Kościoła przez pewne ugrupowania na swoją niekatolicką modłę;
- próby liberalizacji Kościoła, co oznaczałoby jego zniszczenie;
- wypieranie Kościoła z forum publicznego, prywatyzowanie religii i zarzucanie Kościołowi politykierstwa na modłę marksistowską, jeśli tylko władze kościelne sprzyjały przeciwnikom;
- działania mające na celu niedopuszczenie do uchwalenia konkordatu;
- uchwalanie Konstytucji możliwie niekorzystnej dla Kościoła, rozdzielającej radykalnie życie religijne i państwowe, a przynajmniej wyrzucanie Boga z inwokacji do Konstytucji;
- negowanie Dekalogu i moralności ewangelicznej dla pełnej rozwiązłości, rozkradania majątku państwowego, aborcji i eutanazji;
- próby instrumentalizacji Kościoła do celów partyjnych;
- próby wbicia klina między Kościół polski a Jana Pawła II;
- nieustanne szkalowanie Kościoła polskiego i Polski przez niektóre środowiska żydowskie po całym świecie;
- niedopuszczanie do powstania ogólnych mediów kościelnych i polskich (kiedy powstało medium toruńskie, to od razu zaczęły się bandyckie ataki na nie i ze strony mediów ateistycznych, i liberalistycznych, i ze strony niektórych czynników rządowych czy nawet samego rządu, rzekomo "solidarnościowego");
- potworne oszukiwanie społeczeństwa przez media publiczne i komercyjne we wszystkich dziedzinach, a głównie w polityce;
- odmawianie Kościołowi z reguły pomocy, ochrony prawnej i sądowniczej;
- niereagowanie władz państwowych na skargi i zażalenia katolików;
- próby niedopuszczenia nauki religii do szkół, kapelanów do wszelkich dziedzin życia publicznego i nadmierne opodatkowanie Kościoła;
- niedopuszczanie ludzi otwarcie katolickich do urzędów, stanowisk i nagród, tak że 38-milionowym narodem katolików rządzą niekatolicy lub masoni;
- antykatolickie programy wychowania i wykształcenia młodzieży;
- pobłażliwość dla zbrodniarzy politycznych i gigantycznych złodziei Polski;
- zamiast tworzenia wspólnoty z Europą sprzedawanie całej Polski w niewolę germańską.
Są też inne negatywy. I to wszystko uczynili i czynią Kościołowi ludzie przygarnięci w tamtych czasach jak najbliższe rodzeństwo. Jakaż to więc jest perfidia pisać, że Kościół zachowuje się jak "oblężona twierdza". Przecież musi on ratować swoje życie, a robi to łagodnie. Gdyby taka narośl powstała na innym narodzie, to polałaby się krew. Jakże można się ograniczać do takich fatałaszków, jakoby młodzież katolicka gorszy się religijnie z powodu "Naszego Dziennika", ojca Rydzyka, "Rozmów niedokończonych" w TV Trwam, wypowiedzi Stanisława Michalkiewicza, Jerzego Roberta Nowaka, Ryszarda Bendera (wielkiego patrioty) na KUL i wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego na Jasnej Górze.
Chyba jeszcze bardziej nie można zrozumieć wściekłego ataku p. red. Tomasza Wołka na duchowieństwo polskie. W pewnym momencie nazywa ich "prostaczkami" lub "falangą prostaczków", niby to za nomenklaturą XIX-wieczną. I zaraz wyjaśnia, że większość polskich księży dziś to grupy nieuków XIX-wiecznych, a najwyżej z pierwszej połowy XX wieku. Są tak szalenie zacofani. Kościół polski dziś straszy "upiór liberalizmu". Tylko nieliczni duchowni nie boją się liberalizmu i nadają się na dzisiejsze czasy. Przy tym liberałem miałby być także Jan Paweł II. I tu widać jasno, kto kogo po stanie wojennym zdradził.
Do tematu duchownych jako nieuków powraca raz jeszcze, i to już jest jakiś kompleks. "Dziś jednak - pisze - biskupi wyciągają na nowo straszak liberalizmu. Seminaria wypuszczają księży zagubionych w obliczu problemów współczesnych, niedouczonych, niezdolnych do nawiązywania kontaktu z młodzieżą" (tamże, s. 31). Dodaje jeszcze, że przyczyną spadku powołań jest niepójście Kościoła za liberalizmem. "I smiejotsia, i płaczetsia".
Mój Boże, aż szkoda słów. Weźmy choćby tylko jedno. Przygotowujący się do kapłaństwa - notabene uczyłem takich blisko 50 lat - studiują
6 lat, w tym nie tylko teologię, ale także filozofię, psychologię, socjologię, pedagogikę i literaturę. Wszyscy kończą magisteriami na wydziałach uniwersyteckich. Wielu z nich robi jeszcze doktoraty. Liberał powinien wiedzieć, że neoprezbiter ma wykształcenie dużo bardziej gruntowne, głębokie i szersze niż początkujący dziennikarze. Poza tym krytykowani przez liberałów proboszczowie są dużo mądrzejsi niemal od wszystkich polityków i demagogów medialnych. Przede wszystkim są sto razy bardziej uczciwi i patriotyczni. Co więcej, i przeciętny robotnik czy chłop polski przewyższa wyraźnie większość liberalnych inteligentów. Skrajni liberałowie bowiem wyglądają na szalonych. A co do kontaktów młodych księży z młodzieżą, to są one zazwyczaj bardzo udane, choć niekiedy muszą być aż heroiczne, bo nasze oficjalne i ideologiczne czynniki publiczne bardzo demoralizują młodzież, przez co staje się ona mało wrażliwa na wyższe wartości. Na przykład proszę prowadzić duchowo tych studentów, którzy w akademikach i na stancjach uprawiają swobodny seks.
"Kościół, do którego chcę wrócić"
Pan redaktor kreśli wreszcie obraz Kościoła, do którego chciałby wrócić. Ale, niestety, i ten obraz jest tylko krytyką. "Ludzie - pisze - oczekują, że Kościół, wskazując drogę zbawienia, krzewić będzie odwieczne wartości moralne, wszelako podnosząc i stosując je również do siebie. Że nie będzie się wdawać w gry polityczne. Że w zgodzie ze swoją przyrodzoną misją służyć będzie ludziom. Że skromność weźmie w nim górę nad blichtrem, pokora zwycięży pychę, a surowość ustąpi miejsca miłosierdziu. Że naprawdę pokocha bliźniego i przyjaźnie przygarnie do serca każdego człowieka" (tamże, s. 31).
Jest tu kilka elementów demagogicznych. Nie wiadomo, od czego zacząć. Zacznijmy od sprawy pychy Kościoła. Co to znaczy? Otóż opowiadają, że w starożytnej Grecji filozof abnegat, Diogenes, obłocił sobie mocno nogi i przyszedł do filozofa arystokraty, Platona, i zaczął obtupywać to błoto na piękne dywany arystokraty. "Diogenesie, co robisz?" - miał zapytać Platon. "Depczę pychę Platona" - odpowiedział Diogenes. Wtedy wielki mędrzec powiedział: "Diogenesie, to, co ty robisz, to też jest pycha, tylko innego rodzaju". Czy totalne oskarżenie całego Kościoła Bożego o pychę jest pokorą?
A co do blichtru. Są odwieczne spory, czy Kościół ma chodzić w pięknej szacie godowej, czy też w łachmanach. W czasie Soboru Watykańskiego II padło kilka głosów, żeby Papież sprzedał Watykan wraz z jego skarbami kultury Żydom amerykańskim, a pieniądze rozdał głodującym Murzynom w Afryce. To była pobożność po linii ubóstwa, ale posunięta do choroby psychicznej.
Niekatolicki jest też pogląd wielu liberałów katolickich, że Kościół ma być jak klub kawiarniany, że ma się tylko korzyć przed wiedzą tego świata, że nie stoi za nim autorytet Chrystusa, a więc jedynie słucha i rozmawia, nie poucza w imię Boga. "Zaklinam cię - pisze św. Paweł w Liście do bp. Tymoteusza - głoś naukę, nastawaj w porę i nie w porę, wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością" (2 Tm 4, 2). Tak, kapłan nie może pouczać w dziedzinach świeckich, ale w dziedzinie teologii nie tylko przepowiada, ale i naucza, i poucza, bo wierny obowiązany jest prawdziwą naukę przyjąć.
I wreszcie to nie Kościół jest czy bywa niemoralny, lecz mogą być niemoralni jacyś duchowni czy jacyś katolicy świeccy. I jeśli się napotka niemoralnych katolików, to nie można siebie zwalniać od moralności lub uznać siebie po faryzejsku za wolnego od jakiejkolwiek skazy. W Kościele są zawsze też ludzie grzeszni i bywają nie bez winy pewne doczesne formy realizacji Ewangelii, to wie każdy, ale przez to nie należy emigrować z substancji kościelnej, raczej należy Kościół naprawiać i doskonalić.
Typowy jest też dla liberałów i katolewicy zarzut, że Kościół wdaje się w gry polityczne. O co głównie chodzi? Otóż chodzi o to, by Kościół nie istniał na forum publicznym, które jest zastrzeżone dla ateistów publicznych. Nawet obrona dzieci nienarodzonych jest przez tych ludzi uważana za grę polityczną, bo nie jest zgodna z poprawnością polityczną. Owszem, przyznają, Kościół nie jest polityczny, gdy ich popiera, np. w wyborach, ale staje się polityczny w momencie, gdy broni moralności publicznej, Ojczyzny, tradycji i dobrego imienia Polski. Tymczasem Kościół powinien pomóc dźwigać się Narodowi z bagna marksistowskiego, liberalistycznego i ateistycznego. W tym momencie stanął przed obowiązkiem obrony suwerenności Polski, ranionej śmiertelnie przez ratyfikację traktatu lizbońskiego, tworzącego nie wspólnotę narodów, lecz jedno imperium pod hegemonią Niemiec i Francji. I tutaj Kościół popełnił pewien błąd nieostrożności, został oszukany przez eurokratów. Wszakże teraz powinien ten błąd naprawić i odwieść prezydenta od podpisania aktu ratyfikującego.
12 czerwca dała nam przykład Irlandia, o wiele roztropniejsza niż wszyscy politycy polscy, a także liczni duchowni. Słusznie przemawiał senator Ryszard Bender w Senacie RP 2 kwietnia 2008 r., że każdy czynnik polityczny, łącznie z prezydentem, podpisujący dokument oddania się w niewolę brukselską, będzie miał w historii miano "Adam Łodzia Poniński", bo tamten człowiek, marszałek Sejmu, będąc na żołdzie Moskwy, "ratyfikował", czyli podpisał na Sejmie rozbiór Polski. Poza tym jest to kontynuowanie doktryny Breżniewa o "ograniczonej suwerenności" narodu i państwa (por. M.A. Krąpiec). Kiedyś Kościół i Naród Polski przeklną tych ludzi jako grabarzy prawdziwej wolności, godności, moralności społecznej i humanizmu. Słusznie podnosi to Ruch Przełomu Narodowego (profesorowie: J.R. Nowak, R. Broda, B. Wolniewicz i inni). Tylko jeszcze Kościół może ratować suwerenność naszej Matki Polski. Kto niszczy Kościół, jest tym samym zdrajcą Polski. I przywódcy UE są apokaliptycznymi grabarzami wolności narodów europejskich, dlatego nie pozwolili na referenda ratyfikacyjne i teraz zapowiadają, że wolnościowy głos Irlandii albo pominą milczeniem, albo zagłuszą. Tymczasem przyjęcie traktatu lizbońskiego okazuje się nie tylko przestępcze wobec narodu, ale i niemądre. Dziś już co wybitniejsi dziennikarze ("Dziennika", "Wprost", "Newsweeka" i inni) poddają zdecydowanej krytyce taką koncepcję UE, jaka została zawarta w traktacie. Jednakże obawiamy się, że prezydent, idąc za germanofilami z PO, ratyfikację podpisze, mimo że PO nie przedstawiła ustawy kompetencyjnej. W naszej wielkiej polityce są jakieś niewytłumaczalne decyzje "przymusowe", jak myśli natrętne u skrupulanta.
Chciałem na koniec powiedzieć wyraźnie, że nie atakuję osoby p. red. Tomasza Wołka, którego zawsze poważałem i szanowałem, i lubiłem słuchać, jak mówił oryginalnie, jasno, ciepło i pięknym językiem. Tutaj odnoszę się jedynie do rozwijającego się w Polsce błędu liberalistycznego, który zarazem jest wielkim złem. Obawiam się, że pan Wołek doznał od Kościoła jakiejś krzywdy i stąd ta niechęć do kleru. Może myśli, że ja, jako ksiądz, miałem zawsze sielankę i rozkosz "krwiopijcy" społeczeństwa. Nie mam takiej żadnej sielanki od ponad 50 lat, ale tym mocniej miłuję Chrystusa w Kościele, sam Kościół i wszystkie światy osobowe w nim. Przy tym jednak spostrzegłem, że ilekroć ktoś z administracji kościelnej chciał mi wyrządzić jakieś zło, to jego działanie obracało się właściwie w moje większe dobro dzięki Opatrzności Bożej, która czuwa i nad Kościołem, i nad każdym człowiekiem osobno. Gdyby np. nie wyrzucili mnie kiedyś z wicerektury wyższego seminarium duchownego za pewne reformy i próby personalizacji życia kleryckiego, to zmarniałbym kompletnie w administracji kościelnej, do której nie miałem talentu, a i nie miałbym zapewne większych owoców pracy.
Myślę, że katolicy świeccy powinni nas, duchownych, wspierać, właśnie "pouczać" ze swojego punktu widzenia rzeczy, a także krytykować, nawet mocno, byleby to było jednak "gryzienie sercem" (J. Słowacki), żebyśmy nie zniweczyli razem miłości chrześcijańskiej i wzajemnego miłosierdzia.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik |
| |
|
|