Coraz mniej miłości | W ostatnich miesiącach liderzy Platformy Obywatelskiej dostarczyli mieszkańcom naszego kraju wielu wzruszeń. Po wygranych przez PO wyborach dowiedzieliśmy się, że w polskiej polityce nastał czas uśmiechów, miłości, troski i zaufania. Premier Donald Tusk, jego partyjni koledzy, ministrowie i rzecznik rządu Agnieszka Liszka zapewniali o swych ciepłych uczuciach wobec całego świata. Dziennikarze najbardziej opiniotwórczych mediów ochoczo wspomagali rządzących w popularyzowaniu opowieści o "polityce miłości" prowadzonej przez nową koalicję rządową. Politycy ciągle opowiadali o zgodzie, porozumieniu i "przyjaznym państwie", jednak w miarę upływu czasu ich czujność malała. Coraz częściej do mediów zaczęły się przedostawać informacje sugerujące, że nie samą miłością i zaufaniem żyją nasi wybrańcy.
Poseł Janusz Palikot mówił o potrzebie wykończenia przeciwników, poseł Stefan Niesiołowski chętnie posługiwał się wobec adwersarzy wyzwiskami, a "premier uśmiechu" przyznał się nawet, że chciał zabić jednego z mieszkańców Wielkiej Brytanii...
Dziennikarze tłumaczyli, że tego typu wypowiedzi nie stoją w sprzeczności z polityką miłości, a są to jedynie skutki specyficznego poczucia humoru, happeningi, przejęzyczenia czy efekty krótkotrwałego wzburzenia. Pojawiały się jednak coraz to nowe problemy. Z chciwymi koalicjantami, leniwymi urzędnikami, nieuczciwymi dziennikarzami, sabotażystami w samorządach...
- Jak słyszę debili, którzy twierdzą, że muszą wydać milion osiemset tysięcy, to to są sabotażyści - komentując problemy z budową "boisk w każdej gminie", nawet spokojny do niedawna minister Mirosław Drzewiecki zapomniał o obowiązującym członków rządu języku miłości. Jakby tego było mało, z rządu odeszła rzecznik rządu Agnieszka Liszka. Według części mediów, na skutek "złej atmosfery w kancelarii premiera".
Wystarczyło ledwie osiem miesięcy kierowania państwem przez koalicję PO - PSL, aby okazało się, że "nieprzebrane pokłady" rządowej miłości są już bliskie wyczerpania.
Piotr Tomczyk |
| |
|
|