88. rocznica zwycięskiej Bitwy Warszawskiej - Cudu nad Wisłą | Z dawna Polski Tyś Królową
Nasza Ojczyzna jest krajem, w którym w sposób szczególny ujawnia się nierozerwalny związek między Narodem a Kościołem, co wynika z historii i tradycji. Podkreślali to wielcy Polacy - Prymas Tysiąclecia i Ojciec Święty Jan Paweł II. Nie dziwi zatem, że w sierpniu uroczystości religijne przeplatają się z uroczystościami upamiętniającymi ważne dla Polski wydarzenia z przeszłości.
Kult maryjny rozwijał się od początku chrześcijaństwa na ziemiach polskich. Dla naszych przodków Matka Chrystusowa była Przewodniczką życia religijnego i najlepszą Pośredniczką wypraszania wszelkich łask u Jej Syna. Nabożeństwa maryjne były dla Polaków szkołą, w której w sposób konkretny poznawali teologiczne prawdy wiary i mogli godnie oddawać cześć swej Królowej. Badacze przytaczają szereg dowodów dokumentujących starożytność i realność zakorzenienia kultu maryjnego. Matka kościołów w Polsce - katedra gnieźnieńska, wzniesiona staraniem Mieszka I, który ochrzcił Polskę, otrzymała tytuł Maryi Wniebowziętej. Opiece Matki Bożej powierzono również budowane w średniowieczu katedry w Płocku, Włocławku czy we Lwowie. Jej imię nosiły znaczące dla chrześcijańskiej kultury polskiej opactwa i kolegiaty w Sandomierzu, Kaliszu, Łęczycy i Opatowie. Jedne z najstarszych i najsłynniejszych świątyń Krakowa i Gdańska nazwane zostały mariackimi.
Kronikarz Gall Anonim wspomina, że Bolesław Krzywousty podczas marszu na Kołobrzeg "zarządził odprawienie nabożeństwa do Maryi świętej", co następnie z pobożności przyjął za stały zwyczaj. Władca ten prosił św. Ottona z Bambergu, by ochrzcił Pomorze Zachodnie, które przyłączył do Polski. Zachowały się przekazy świadczące o tym, że na przełomie wieku XIII i XIV wiele kazań poświęcono tematyce maryjnej. Arcybiskup gnieźnieński Jakub Świnka w roku 1285, a więc na początku swego pasterzowania, nakazał księżom odmawiać jako stałą modlitwę "Zdrowaś Maryjo". Od XV wieku powstawały w Polsce bardzo liczne bractwa religijne i literackie mające na celu szerzenie kultu Matki Bożej.
"Bogurodzica" to pierwszy hymn Polski. Na długo przed oficjalnym ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu pobożność polska przypisywała Matce Jezusa szczególne cechy. Już przed wiekami nasi poprzednicy śpiewali: "Nad anioły jesteś Panno podwyższona, pierwej grzechem nie zmazana, z dusząć, ciałem w niebo wzięta". Historycy kultu maryjnego zwracają uwagę, że XV-wieczna pieśń nazywa Maryję Tronem Królestwa Niebieskiego, kwiatem czystości panieńskiej, korzeniem czystości, radością aniołów i miłością wszystkich grzeszników. W polskiej pobożności postać Maryi - Matki Chrystusa, posiadała zawsze cechy konkretne, bardzo ludzkie - ukazywano Ją jako zbliżającą się do ludzi, znającą ból i cierpienie. Śmierć Jezusa, będąca przyczyną boleści Maryi, faktem wpisanym w dogmat odkupienia, jest równocześnie zdarzeniem czyniącym Jezusa i Jego Matkę tak bardzo nam bliskimi.
Polski sierpień
Obok wymiaru maryjnego sierpień to miesiąc, w którym obchodzimy wspomnienie ważnych wydarzeń w historii Polski. Tych pomyślnych dla życia Narodu i tych tragicznych. 5 sierpnia 1772 roku miało miejsce podpisanie w Petersburgu przez Rosję, Prusy i Austrię I traktatu rozbiorowego. Ten fakt, będący początkiem końca I Rzeczypospolitej, stanowi swoiste memento, uświadamiające, że dar wolności jest wielkim wyzwaniem. U progu XXI wieku, w czasach niepewnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznych konfliktów, nie ma bowiem gwarancji, że Polska będzie niepodległa. W sierpniu obchodzimy także 88. rocznicę Cudu nad Wisłą, 44. rocznicę Powstania Warszawskiego, 28. rocznicę strajków sierpniowych. Wszystkie te wydarzenia miały i mają istotny wpływ na kształtowanie naszej narodowej świadomości.
15 sierpnia, gdy jest obchodzone Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (i mamy ustawowy dzień wolny od pracy), równocześnie przeżywamy Święto Wojska Polskiego. Jest ono obchodzone na pamiątkę powstrzymania nawały bolszewickiej w 1920 roku. Z tej okazji co roku odbywają się już tradycyjne uroczystości w Ossowie - miejscu zwycięskiej bitwy, zwanej Cudem nad Wisłą, i w warszawskiej katedrze polowej Wojska Polskiego, a także na Jasnej Górze z udziałem żołnierzy, którzy przyjdą w pielgrzymce wojskowej.
Bitwa Warszawska uważana jest przez historyków za jedną z najważniejszych w historii Europy. 14 sierpnia, gdy Polska i Europa były śmiertelnie zagrożone, wojska polskie podjęły po ludzku wydawałoby się beznadziejną walkę z liczniejszymi i zaprawionymi w bojach oddziałami Armii Czerwonej pod Ossowem. Dla upamiętnienia tych walk świadczących o chwale oręża polskiego ustanowiono w II Rzeczypospolitej Święto Żołnierza. Zostało ono usankcjonowane rozkazem ministra spraw wojskowych gen. broni Stanisława Szeptyckiego nr 126 z dnia 4 sierpnia 1923 roku. Czytamy w nim: "W dniu tym wojsko i społeczeństwo czci chwałę oręża polskiego, której uosobieniem i wyrazem jest żołnierz. W rocznicę wiekopomnego rozgromienia nawały bolszewickiej pod Warszawą święci się pamięć poległych w walkach z wiekowym wrogiem o całość i niepodległość Polski".
Po dramatycznej w skutkach dla Polski II wojnie światowej, w okresie czarnej nocy komunizmu, święto zostało zakazane, choć oficjalnie nie zostało nigdy anulowane żadnym aktem prawnym. Komuniści zwalczali to święto z dwóch powodów. Po pierwsze, stanowiło dla Moskwy wyjątkowo bolesne wspomnienie klęski "światowej ojczyzny proletariatu" i polskiego zwycięstwa nad ponoć "niezwyciężoną" Armią Czerwoną. Po drugie, było ono świadectwem nierozerwalnego związku Narodu i Kościoła, co zresztą bywa kontestowane i dzisiaj po upadku komunizmu przez wyrosły z tradycji ateistycznej "obóz postępu i demokracji". Po 1989 roku - mimo prób odrzucenia "szkodliwych wzorców z przeszłości" i przemodelowania świadomości narodowej zgodnie z "duchem postępu i tolerancji" - udało się przywrócić obchody Święta Wojska Polskiego w dniu 15 sierpnia ustawą sejmową z 30 lipca 1992 roku.
Powstanie Warszawskie to świadectwo bohaterstwa "miasta nieujarzmionego". To walka osamotnionej przez aliantów ludności Warszawy ze straszliwym totalitaryzmem hitlerowskim. To dramat miasta skazanego na śmierć przez biernie przyglądającą się zagładzie stolicy Polski Armię Czerwoną. Była to zemsta za to, że u bram Warszawy została w 1920 roku powstrzymana ofensywa sowiecka i kalkulacja Stalina, który uważał, że tym łatwiej będzie narzucić komunizm powojennej Polsce, im więcej inteligencji zostanie unicestwione. Pamięć o heroizmie Warszawy okazała się jednak silniejsza niż te cyniczne kalkulacje.
Sierpień 80 to wielki narodowy zryw, któremu towarzyszyła nadzieja na godne życie i wolność. To była iskra, która doprowadziła do obalenia komunizmu w Europie i przekreśliła porządek jałtański.
Ksiądz Ignacy Skorupka, nim zginął od sowieckiej kuli, prowadził z kościoła św. Floriana na warszawskiej Pradze procesję eucharystyczną z chorągwiami maryjnymi. Powstańcy warszawscy umierali z imieniem Maryi na ustach. Na bramach Stoczni Gdańskiej, podczas pamiętnych strajków sierpniowych, widniały wizerunki Najświętszej Maryi Panny. Do rangi wymownego symbolu urasta umieszczenie w witrażach nad wejściem do kaplicy Cudownego Obrazu jasnogórskiego sanktuarium wizerunków przedstawiających trzech wielkich ludzi Kościoła: kardynała Prymasa Augusta Hlonda, który odznaczał się szczególną pobożnością maryjną, jego następcy - Prymasa Tysiąclecia Stefana kard. Wyszyńskiego i Ojca Świętego Jana Pawła II. Przy wizerunku ks. kard. Hlonda jest umieszczony cytat jego znanej i proroczej wypowiedzi: "Zwycięstwo, jeśli przyjdzie, będzie zwycięstwem Maryi". Prymas Tysiąclecia bardzo często odwoływał się do tych słów w swojej posłudze pasterskiej, a wielokrotnie przywoływał je w swoim nauczaniu Jan Paweł II. Dziś wszyscy trzej są Sługami Bożymi.
15 sierpnia 1991 r.
Polska ma ponadtysiącletnią tradycję chrześcijańską. Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny jest u nas obchodzone bardzo uroczyście. Największe uroczystości odbywają się na Jasnej Górze i w Kalwarii Zebrzydowskiej. W Kalwarii jest prezentowana inscenizacja Zaśnięcia Maryi oraz jej Wniebowzięcie. W innych częściach Polski zwykle wiąże się ono ze świętem dożynek, a święto jest nazywane także Świętem Matki Boskiej Zielnej. W tradycji wielu krajów europejskich czci się bowiem Matkę Boską Wniebowziętą jako patronkę ziemi i jej bujnej roślinności. W święto to składa się Maryi ofiary płodów ziemi: zioła, warzywa, kwiaty. W wielu regionach Polski w czasie obrzędów liturgii święci się pierwociny ziemi, dziękując Bogu za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny za obfite plony.
Dla ludzi wierzących w Polsce szczególnie w pamięci pozostaje obecność naszego wielkiego rodaka Jana Pawła II na Jasnej Górze w dniach 13-15 sierpnia 1991 roku, w czasie VI Światowych Dni Młodzieży. Następca św. Piotra wywodzący się z Polski tak boleśnie doświadczonej przez dwudziestowieczne totalitaryzmy i ideologie ateistyczne pragnął, by młodzi ludzie z całego świata ogarniętego nową ewangelizacją przybyli do naszego kraju, miejsca symbolicznego, gdzie został obalony komunizm. To właśnie na polskiej ziemi, w centrum Europy, miało dojść po raz pierwszy do historycznego spotkania młodych ze Wschodu i z Zachodu, rozdzielonych dotychczas przez wrogie sobie bloki militarne i zwalczające się systemy społeczno-polityczne. Młodzi spotkali się "połączeni w jedno", rozważając hasło zaproponowane im przez Papieża: "Otrzymaliście ducha przybrania za synów (Rz 8, 15)".
W kulminacyjnym momencie spotkania na Jasnej Górze podczas uroczystej Eucharystii - sprawowanej wraz z dwoma tysiącami biskupów i kapłanów, na którą przybyło półtora miliona uczestników, Ojciec Święty Jan Paweł II rozważał Tajemnicę Wniebowzięcia. "Maryja jest bowiem - uczył Jan Paweł II - znakiem spełnienia obietnic Bożych w wymiarach całego kosmosu. W tym znaku Maryi wracają do Boga, który jest Stwórcą, czyli absolutnym Początkiem wszystkiego, co istnieje, stworzenia w całym swoim wielorakim bogactwie. W tym znaku wraca do Boga człowiek, stworzony na Boży obraz i podobieństwo. My wszyscy mamy tak samo powrócić, skoro otrzymaliśmy przybrane synostwo w Jednorodzonym Synu Bożym, który stał się dla naszego przybrania Synem Człowieczym, Synem Maryi". Papież przestrzegał jednak, że temu wszechogarniającemu powrotowi ludzi do Boga przeszkadza szatan, ojciec kłamstwa, wraz ze swoimi współpracownikami, pragnąc człowieka wyzuć z przybranego synostwa i okraść z obiecanego mu dziedzictwa. Dlatego zachęcał młodych do wytrwania w tym synostwie na wzór Maryi. Przyzywał w tym celu nad nimi mocy Ducha Świętego, aby przy Jego pomocy budowali nowe społeczeństwo na ruinach starego porządku. Na koniec Papież zawierzył wszystkich młodych Matce Bożej.
Matka Boga
Sierpień, jak wspomniano na wstępie, jest drugim miesiącem maryjnym. Po Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, 22 sierpnia obchodzimy wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Królowej. Ten tytuł jest logicznym następstwem faktu, że Maryja jest Matką Chrystusa - Króla. Świadomość ta towarzyszyła wiernym Kościoła od pierwszych wieków chrześcijaństwa. Przejawiało się to chociażby w tym, że wiele narodów i państw obierało Maryję za swoją Królową, jak to uczynił chociażby król Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 roku w katedrze lwowskiej. Oficjalnie fakt królowania Maryi w Kościele został uznany przez Papieża Piusa XII w 1954 roku. Obchodzona z kolei 26 sierpnia uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej ściśle jest związana z naszym narodowym sanktuarium na Jasnej Górze, w którym od XIV wieku jest w sposób szczególny czczona ikona Czarnej Madonny. Papież Pius X w roku 1904 ustanowił dla sanktuarium specjalne święto Matki Bożej Częstochowskiej na 24 sierpnia. Papież ten podarował także korony, którymi powtórnie ukoronowano obraz w 1910 roku (pierwsza koronacja koroną papieską została dokonana w 1717 roku przez biskupa Szembeka). Następnie Papież Pius XI w roku 1931 ustalił obchody święta na 26 sierpnia. Cztery lata później zatwierdzono specjalne teksty liturgiczne przeznaczone na tę uroczystość, która od 1956 roku dzięki Prymasowi Tysiąclecia jest obchodzona w całej Polsce.
Publiczne czczenie Najświętszej Maryi Panny jest aktem chrześcijańskiego świadectwa zwłaszcza dziś, gdy tak często jest podważany kult maryjny. Używa się w tym celu powierzchownej argumentacji, że wprowadzanie Najświętszej Maryi Panny na tak wysoki piedestał "przesłania" Chrystusa, który jedyny jest godzien być centrum kultu Kościoła, lub że Jezus tylko wydawał się być człowiekiem, w rzeczywistości tylko był Bogiem i z żadnej niewiasty się nie narodził. Tymczasem kult maryjny stoi na straży wyrazistej świadomości Tajemnicy Wcielenia. Teolodzy zwracają uwagę, że centralna prawda chrystianizmu została wyrażona w Ewangelii św. Jana: "Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami", co oznacza, że uobecniło się pomiędzy nami na bardzo ludzki sposób, przez Maryję Matkę. Maryja jest nie tylko wzorem moralnej czystości, ale jako Matka Boga jest najpewniejszą Opiekunką, Pośredniczką wszelkich łask. Służy pomocą we wszystkich ludzkich potrzebach i jest drogą do zbawienia.
Królowo Polski - módl się za nami!
Jan Maria Jackowski
Zwycięstwo ducha na przedpolach Warszawy
Bitwa Warszawska z 1920 r. była nie tylko sukcesem militarnym, ale także wielkim zwycięstwem ducha. Jego symbolem stał się dla wielu Polaków kapelan 236. Pułku Piechoty (pułku rezerwowego) ks. Ignacy Jan Skorupka. Szczególną rolę w umocnieniu ducha Narodu Polskiego odegrał też przedstawiciel Stolicy Apostolskiej nuncjusz Achilles Ratti, późniejszy Papież Pius XI. Był on jednym z dyplomatów, który nie tylko w sytuacji zagrożenia Warszawy nie opuścił stolicy.
Ksiądz Ignacy Jan Skorupka, wychowany w archidiecezji warszawskiej, po ukończeniu seminarium duchownego został skierowany na studia w Akademii Duchownej w Piotrogrodzie w Rosji. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1916 r. z rąk obecnego kandydata na ołtarze ks. abp. Jana Cieplaka, który potem został skazany przez bolszewików na karę śmierci. Ksiądz Skorupka zaangażował się w pracę duszpasterską: zakładał szkoły, harcerstwo, organizował akcje dobroczynne. Sprawował funkcję notariusza i archiwisty metropolii warszawskiej. Bardzo szybko stał się kapłanem bardzo cenionym, zwłaszcza przez młodzież, której był opiekunem i katechetą. Kilkakrotnie zgłaszał chęć objęcia funkcji kapelana w Wojsku Polskim. Początkowo arcybiskup warszawski odrzucał te prośby i dopiero kiedy nastąpiło załamanie w wojnie polsko-bolszewickiej po odwrocie kijowskim, doszło do bardzo znaczącego spotkania między naczelnikiem państwa Józefem Piłsudskim a arcybiskupem warszawskim Aleksandrem Kakowskim. Podczas spotkania J. Piłsudski poprosił arcybiskupa, aby wyznaczył on na kapelanów najlepszych księży. Wówczas ks. abp Kakowski odpowiedział na prośby ks. Skorupki. Ksiądz Skorupka, który dotychczas pełnił posługę tzw. kapelana lotnego, czyli pomocniczo udzielał posługi żołnierzom odjeżdżającym na front, teraz razem ze swoimi uczniami, po odprawieniu Mszy św. polowej w Liceum Władysława IV, przez Ząbki dotarł na front pod Ossowem. Walki były bardzo zacięte, kilka razy następował polski atak i kontratak bolszewicki. W krytycznym momencie, gdy dowodzenie oficerów się załamało, ks. Skorupka poprowadził swoich młodych podkomendnych do ataku, podczas którego poległ bohaterską śmiercią. W rozkazie dowódcy frontu został pośmiertnie odznaczony krzyżem orderu wojennego Virtuti Militari. Śmierć ks. Ignacego Skorupki stała się symboliczną. Kapłan, który pełnił w wojsku posługę kapelańską, przejął w pewnym momencie, i to z krzyżem w ręku, rolę dowódcy, gdy faktyczni dowódcy nie sprostali swojemu zadaniu. Pogrzeb ks. Skorupki przerodził się w ogromną manifestację społeczeństwa Warszawy. Postać tego kapłana przeszła do historii jako wzór zaangażowania Kościoła w odzyskanie przez Polskę niepodległości. Kiedy mówimy o ks. Skorupce, należy pamiętać też o kilku tysiącach Komitetów Obrony Narodowej, które powstały w parafiach, o postawie całego duchowieństwa, Episkopatu - o ich działaniach mobilizujących ducha, o roli Jasnej Góry...
Szczególnie jednak należy zwrócić uwagę na rolę przedstawiciela Stolicy Apostolskiej nuncjusza Achillesa Rattiego, późniejszego Papieża Piusa XI. Był on jednym z dyplomatów, który nie tylko w sytuacji zagrożenia Warszawy nie opuścił stolicy (pozostał tylko włoski poseł i przedstawiciel Stanów Zjednoczonych), ale wręcz przeciwnie, wiemy o tym, że deklarował Ojcu Świętemu gotowość zabezpieczenia archiwum nuncjatury i dzielenia losu społeczeństwa polskiego.
Po wyborze na Stolicę Piotrową mówił o sobie, że czuje się polskim Papieżem. Achilles Ratti towarzyszył kardynałowi Kakowskiemu podczas wizytacji żołnierzy polskich pod Radzyminem i Ossowem, na pierwszej linii frontu, i brał udział w mobilizacji ducha jako jeden z tych, którzy wytrwali na posterunku, modląc się razem z ludem Warszawy o nadprzyrodzoną interwencję.
Po odparciu bolszewików niepodległa Rzeczpospolita, w 10-lecie zwycięstwa, wydała medal upamiętniający tego, który Warszawy nie opuścił.
Achilles Ratti zażyczył sobie, aby wątek polski związany z Bitwą Warszawską był stale obecny w Castel Gandolfo. Dlatego też malarz Henryk Rosen namalował obraz, którego szkic jest w naszym posiadaniu - znajduje się w Pałacu Biskupów Warszawskich. Tytuł obrazu brzmi: "Matka Boża Królowa świętych". Przedstawieni są na nim: św. Jan Kanty, św. Jozafat Kuncewicz, kard. Mieczysław Halka-Ledóchowski, Prymas Polski, św. Stanisław Kostka. W środkowej części obrazu znajduje się ryngraf z Matką Bożą na tle Krakowa, a po prawej stronie umierający ks. Skorupka, podtrzymywany przez żołnierza. Obraz przypomina, że Polska była przedmurzem chrześcijaństwa za sprawą wielkiego zwycięzcy spod Wiednia króla Jana III Sobieskiego i stojącego obok niego Józefa Piłsudskiego, jako zwycięzcy spod Warszawy w 1920 roku.
Drugi wątek związany z Bitwą Warszawską wprowadzony został przez Papieża Piusa XI w tzw. kaplicy polskiej w Loreto. Mało kto wie, że kiedy na forum międzynarodowym Polska była zagrożona, Achilles Ratti poufnie dawał o tym znać Józefowi Piłsudskiemu, a ten delegował specjalnego wysłannika Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, który ustnie zdawał relację z rozmowy z Papieżem na temat konieczności podjęcia określonych działań w celu uniknięcia zagrożenia, o którym informował Papież.
Achilles Ratti i Józef Piłsudski poznali się bliżej i pomimo różnic w poglądach zaprzyjaźnili w 1919 r., podczas wspólnej podróży do Wilna, do obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej. Dowodem na to jest fakt, że zapisy w konkordacie między Stolicą Apostolską a państwem polskim Papież Pius XI (Achilles Ratti) uzgadniał bezpośrednio z Józefem Piłsudskim, korzystając z pośrednictwa Stanisława Grabskiego, brata ówczesnego premiera rządu polskiego.
Achilles Ratti jest wielką postacią i powinna zostać przywrócona ulica jego imienia w Warszawie, bo tej Warszawy w potrzebie nie opuścił.
dr Tadeusz Krawczak
Patronka Warszawy i Strażniczka Polski
Z ks. dr. Józefem Marią Bartnikiem SJ o jego książce na temat objawień Matki Bożej podczas Bitwy Warszawskiej w 1920 roku rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Kończy Ksiądz pracę nad książką o objawieniu się Matki Bożej podczas Bitwy Warszawskiej w 1920 roku. Wiem, że już w ubiegłym roku była ona gotowa do druku, jednak pojawiły się nowe, ciekawe dokumenty i relacje świadków. Czy może Ksiądz nam je przedstawić?
- Rzeczywiście, we wrześniu ubiegłego roku otrzymałem korektę mojej książki "Zjawienie się Matki Bożej podczas Bitwy Warszawskiej 1920 roku, czyli Cud nad Wisłą" i byłem przekonany, że najdalej za miesiąc prześlę ją do wydawnictwa Fundacji "Nasza Przyszłość". Nie przypuszczałem, że wywiad, jakiego udzieliłem "Gościowi Niedzielnemu" w sierpniu ubiegłego roku, spowoduje, że skontaktują się ze mną osoby mające nowe, istotne dla książki informacje. Dotarła do mnie wiadomość, którą intuicyjnie przeczuwałem i na którą, może niezupełnie świadomie, czekałem. Zastanawiałem się bowiem niejednokrotnie, jak mogło dojść do tego, że Warszawa, miasto, które w 1652 roku obrało na swoją patronkę Matkę Bożą Łaskawą, w dowód wdzięczności za cud uśmierzenia zarazy, miasto cudownie ocalone interwencją samej Matki Bożej w 1920 roku, otrzymujące przez wieki tyle dowodów matczynej opieki swej Patronki, zostanie po Powstaniu Warszawskim w 1944 roku dosłownie zrównane z ziemią?
Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Najłaskawsza nie ocaliła Warszawy, miasta, któremu patronuje, przed zagładą! I oto dowiaduję się od ks. Jana Taffa, pijara, kustosza sanktuarium Matki Bożej na warszawskich Siekierkach, o objawieniach Maryi, jakie odbywały się tutaj w czasie wojny od 3 maja 1943 roku. Po zapoznaniu się ze wspomnieniami wizjonerki pani Eugenii Władysławy Papis (wydanymi przez sanktuarium w 60. rocznicę Objawień) odetchnąłem z ulgą! Otóż na 15 miesięcy przed Powstaniem Patronka Warszawy objawia się na Siekierkach, by przestrzec i ocalić lud stolicy przed grożącą katastrofą. Jak Jonasz ostrzegał Niniwę, tak i Maryja ostrzegała, że jeśli warszawianie nie zaczną respektować Praw Bożych, tj. Dekalogu, jeśli się nie nawrócą, to ich miasto spotka los Niniwy... Przypomniałem sobie, że przed II wojną światową Pan Jezus prosił Sługę Bożą Leonię Nastał, Sługę Bożą Rozalię Celakównę i Sługę Bożą Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy za Warszawę! Stolica Polski była przed wojną siedliskiem rozpusty i dopuszczała się największej liczby aborcji w Europie. O morderstwach dzieci nienarodzonych tak powiedział przyszły Papież Jan Paweł II: Największą tragedią naszego narodu jest śmierć ludzi, którzy są poczęci. Jest rzeczą oczywistą, że nie może to minąć bez konsekwencji. Jakie miały być następstwa tych czynów, wiedziała Matka Łaskawa! Dlatego przybyła z misją prorocką na ziemię warszawską, uprzedzając o grożącej miastu karze i nawołując do pokuty i wynagradzania.
Niestety, mimo wysiłków mieszkańców Siekierek treść orędzi nie została nagłośniona, głównie dlatego, że posługujący tu księża zakonnicy nie zrobili nic, by je przyjąć i rozpropagować. Nie podjęli wysiłku powiadomienia o objawieniach księży diecezjalnych, a co za tym idzie, orędzia nie były powszechnie głoszone ludowi stolicy. "Jeśli nie będziecie mi posłuszni, postępując według mojego Prawa, i jeśli nie będziecie słuchali słów moich proroków, to z tego miasta uczynię przekleństwo dla wszystkich narodów ziemi" (por. Księga Jeremiasza 26, 6). I tak jak z Jerozolimą, stało się z Warszawą. Niezwykle życzliwy ks. Jan Taff SP umożliwił mi spotkanie z wizjonerką, panią Eugenią Władysławą Papis, dlatego mogłem wyjaśnić wszelkie nurtujące mnie kwestie. Ale nie tylko pojawienie się tej sprawy opóźniło oddanie książki do druku. Odnalazła mnie pani redaktor Regina Gorzkowska-Rossi z Bufallo i dostarczyła kolejny ważny dowód potwierdzający, w jakim znaku, tj. w jakiej postaci zjawiła się Najświętsza Maryja bolszewikom. W lutym trafiła do mnie pani Elżbieta Mościcka-Freund i przedstawiła dokument mówiący o objawianiu się od niepamiętnych czasów Matki Bożej na ziemi radzymińskiej, a także pokazała mi nieznane materiały dotyczące kultu tego miejsca.
Wreszcie udało mi się nawiązać kontakt z panem Zygmuntem W. mieszkającym pod Radzyminem, któremu w latach 90. ubiegłego wieku objawiła się Bogurodzica. Otrzymane od moich rozmówców dokumenty, materiały i świadectwa (m.in. pani Jadwigi Kornackiej) spowodowały, że rozdział o zjawieniu się Matki Bożej na ziemi radzymińskiej musiałem napisać na nowo!
Ojciec Święty Jan Paweł II, modląc się w Radzyminie na grobach polskich żołnierzy poległych w Bitwie Warszawskiej 1920 roku, podkreślił, że wokół Cudu nad Wisłą przez całe lata trwała zmowa milczenia. Czy bezpośrednim powodem napisania przez Księdza książki była chęć jej przerwania?
- Miałem dwa równie ważne powody. Pierwszym była potrzeba rozpropagowania wiekopomnego objawienia się Matki Bożej podczas walk na przedpolach Warszawy w 1920 roku z uwzględnieniem wszystkich okoliczności ukazania się Bogurodzicy. Drugim - potrzeba definitywnego wyjaśnienia i rozstrzygnięcia, spornej dotychczas kwestii, w jakim znaku (w jakiej postaci) Matka Najświętsza zechciała się ukazać. Abstrahując od politycznych przyczyn milczenia wokół tej sprawy, brak wyjaśnienia wszystkich okoliczności społecznych i historycznych tego faktu uniemożliwiał dotychczas przyjęcie go, zarówno przez historyków, jak i opinię publiczną. Dopiero całościowe, w ujęciu historycznym, naświetlenie zagadnienia pozwala zrozumieć opiekuńcze oddziaływanie Madonny na los stolicy Polski i na indywidualne losy jej mieszkańców.
Moim celem jest nagłośnienie tej sprawy i doprowadzenie do spóźnionego o 88 lat dziękczynienia Matce Bożej w znaku, jaki sama wybrała, by ukazać się bolszewikom. Jesteśmy winni Bogurodzicy wdzięczność za spektakularną pomoc udzieloną naszej armii (fakt publicznego objawienia się Bogurodzicy setkom ateistów jest jedyny w świecie), która spowodowała ocalenie Warszawy, Polski i Europy w 1920 r. od rewolucji bolszewickiej. Przy tej okazji pragnę podkreślić, że fakt zjawienia się Najświętszej Dziewicy na polach Radzymina i Ossowa w niczym nie zmienia dotychczasowego postrzegania geniuszu strategicznego Marszałka Józefa Piłsudskiego, ofiarności jego sztabu, ani też nie umniejsza bohaterstwa polskiego żołnierza!
Czy w ciągu 25-letniej posługi w sanktuarium Matki Bożej Łaskawej - Patronki Warszawy zgłosiło się do Księdza wiele osób, które wniosły nowe światło w kwestii Cudu nad Wisłą?
- Od początku mojej pracy duszpasterskiej w sanktuarium Matki Bożej Łaskawej - Patronki Warszawy zaczęli zgłaszać się do mnie penitenci, którzy mówili, że w ich rodzinach przekazywano z pokolenia na pokolenie wiadomości o ukazaniu się Matki Bożej podczas bitwy o Warszawę w 1920 roku. Osoby te nadmieniały, że postać Maryi, jaka ukazała się bolszewikom, była podobna do postaci Patronki Warszawy. Sprawa zaczęła mnie intrygować. Spisywałem bardziej konkretne wypowiedzi, jednak miałem świadomość, że stanowiły niewystarczający materiał, by oprzeć na nich poważną, monograficzną publikację. Dopiero po serii moich artykułów w prasie katolickiej pod wspólnym tytułem "Dajcie świadectwo cudu" zaczęły napływać odpowiednie dokumenty i świadectwa. Otrzymałem je m.in. od pani senator Jadwigi Stokarskiej, ks. proboszcza Wiesława Wiśniewskiego, pana Józefa Domagalskiego i innych. Wielu świadectw, które potwierdzały posiadane wiadomości, nie mogłem zamieścić w książce, gdyż nie wnosiły nic nowego. Były to m.in. świadectwa pani Eugenii Władysławy Papis (wizjonerki z Siekierek) i pani Wacławy Jurczakowskiej.
Jakie były różnice między zatajaniem prawdy o objawieniu Matki Bożej przed II wojną światową a tym w czasach reżimu komunistycznego?
- W czasie międzywojnia prawda o zjawieniu się Matki Bożej była dla czynników oficjalnych nader niewygodna. W wolnej, rozwijającej się, postępowej i dążącej do nowoczesności Polsce fakt ten był nie do zaakceptowania! Tym bardziej że jeśli rozeszłaby się wieść o tym objawieniu, to nieuchronnie nasunęłaby się konkluzja, że dla pokonania bolszewików waleczni Polacy musieli otrzymać pomoc z Nieba! Co by sobie Europa pomyślała o naszej armii i dowódcach, gdyby doszło do jej uszu, że w walkach z bolszewikami przyszła nam z pomocą sama Matka Boża? Już samo słowo "cud", które mogłoby sugerować nadprzyrodzoną interwencję w czasie walk o Warszawę, było cenzurowane i usuwane z prasy i wydawnictw sanacyjnych. Dla piłsudczyków żadnego cudu, a nie daj Boże, pojawienia się Najświętszej Dziewicy w czasie walk z bolszewikami, nie było i być nie mogło! W trzeciej, największej wygranej bitwie w historii polskiego oręża (po Grunwaldzie i Wiedniu), która uratowała Europę przed rewolucją bolszewicką, decydującej o losach Polski, Europy i świata, jedynym animatorem zwycięstwa miał być sam Marszałek Piłsudski, bez pomocy sił nadprzyrodzonych.
Dlatego pomimo setek relacji naocznych świadków fakt ten zaliczono do pobożnych ludowych legend i nie dopuszczono, by został w jakikolwiek sposób nagłośniony. Sprawa zjawienia się Matki Bożej stała się tematem tabu. Efektem tej polityki było to, że relacje bolszewików, bezpośrednich świadków ukazania się Maryi, nie mogły być publikowane ani w prasie, ani w książkach wspomnieniowych. To wiekopomne wydarzenie nie zatarło się i nie znikło z pamięci Narodu, a to dzięki osobom, które posługiwały w obozach jenieckich i dalej kolportowały zasłyszane świadectwa. Bolszewicy chętnie dzielili się swoimi przeżyciami. Pamiętna noc z 14 na 15 sierpnia była najbardziej wstrząsającym momentem całego ich dotychczasowego życia: Na własne oczy ujrzeli Matier Bożiju!
Ukazanie się Maryi na polach pod Radzyminem spowodowało, że oddziały bolszewików w nieopisanym popłochu i panice rzuciły się do ucieczki. Czy oddziały polskie również widziały Matkę Boga?
- Matka Boża, otoczona światłością, była doskonale widoczna na tle nocnego jeszcze nieba! Bolszewicy na ten widok uciekali w skrajnym przerażeniu, opuszczając ziemię radzymińską, która, wydawałoby się, już na zawsze miała pozostać w ich rękach! Odwrót bolszewików odbywał się w popłochu. Obozy uciekały wszystkimi drogami na przełaj, przez pola. Wozy łamały się, padały konie, którymi drogi były wprost usłane, pomimo że za dezercję groził sąd polowy i wyrok - rozstrzelanie!
Polscy żołnierze nie widzieli swojej Królowej i Hetmanki unoszącej się bezpośrednio ponad nimi. Jedynie ze zdumieniem obserwowali bezzasadną, bezprzytomną, bezładną i paniczną ucieczkę czerwonych! Dopiero później dowiedzieli się od miejscowych, że przyczyną nieoczekiwanej rejterady bolszewików z pola walki było: zjawienie się Bogurodzicy!
Po II wojnie światowej, kiedy komuniści z Kremla sprawowali władzę w Polsce przez swoich agentów, określenie Cud nad Wisłą (synonim zwycięstwa nad bolszewią) było na indeksie. Zasadniczo pamięć o zwycięskiej bitwie 1920 roku miała być najpierw splugawiona, potem pogrzebana. W latach 50. propaganda komunistyczna określała wojnę 1920 roku najazdem jaśnie panów na kraj radziecki! W tej sytuacji nie trudno się dziwić, że wszystkie wypowiedzi nawiązujące do objawienia się Maryi były cenzurowane, rugowane i ośmieszane. Autorzy, nawet zawoalowanych aluzji, stawali się obiektem ataków i niewybrednych drwin tzw. naukowej krytyki reżimowych publicystów. Niestety, do dziś nie nastąpił w tej materii żaden przełom. Temat jest konsekwentnie pomijany, co szczególnie bolesne, w homiliach wygłaszanych 15 sierpnia. Mam nadzieję, że moja książka, monografia zagadnienia, zmieni nastawienie duchownych i opinii publicznej w tej kwestii. Ponieważ: "Nie ma nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć!" (Ewangelia św. Mateusza 10, 26).
Czy to prawda, że w Radzyminie Matka Boża objawiała się również później?
- Tak, ale objawiała się także dużo wcześniej. Pamiętne objawienie się Matki Bożej na ziemi radzymińskiej w 1920 roku nie było pierwszym ani też ostatnim ukazaniem się tam Bogurodzicy. Wszystkie te zjawienia miały miejsce w niewielkiej stosunkowo odległości od siebie. Nasuwa się tu analogia z objawieniami Matki Bożej w Ortiga, Fetal i... Fatimie! Sanktuaria te pobudowano na miejscach zjawienia się Bogurodzicy, a są oddalone od siebie tylko o 2 km - Droga Krzyżowa bazyliki fatimskiej zaczyna się w sanktuarium Maryi w Fetal! Pierwszym zachowanym dokumentem świadczącym o objawieniu się Maryi na ziemi radzymińskiej jest sprawozdanie z kanonicznej wizytacji tej parafii, która odbyła się w październiku 1755 roku. Jest to pierwsza, oficjalna wzmianka, która określa miejsce ukazania się (może wielokrotnego?) Matki Bożej na ziemi radzymińskiej: "Za miastem, o staj 25, jest miejsce Zjawienie nazywające się, gdzie od niepamiętnych czasów znajdowała się kaplica i studzienka z wodą cudowną i gdzie miejscowi nabożeństwa odprawiali. Kiedy na skutek starości kaplica runęła, przejezdni kupcy 30 złotych na ręce mieszczan tutejszych dali, dopraszając się, by na miejscu Zjawienia kaplicę i studnię, jak była dawniej, wybudowali".
Sądzimy, że pierwsze objawienia Najświętszej Dziewicy w Radzyminie mogły nastąpić już w XVII w., skoro ksiądz wizytator w roku 1775 pisze o niepamiętnych czasach, a kaplica upamiętniająca to zdarzenie (może pierwsza, a może kolejna?) zdążyła runąć ze starości. Miejsce to musiało mieć już ugruntowaną sławę, jeżeli znały je osoby obce i były do tego stopnia zainteresowane odbudową kaplicy sanktuarium, że wyłożyły na ten cel poważną sumę pieniędzy! W monografii Radzymina, wydanej w 1905 roku, nie ma informacji o aktualnych objawieniach Maryi. Ich autor, dr Stanisław Łagowski, tylko opisuje pielgrzymki na miejsce Zjawienia. Przybywający pątnicy, często z bardzo daleka, potwierdzają niejako stałą obecność Matki Bożej na tym miejscu, czego dowodem były wota dziękczynne.
Piętnaście lat później, w 1920 roku, ziemia radzymińska, wybrana przed wiekami ziemia Matki Bożej, staje się widownią krwawych walk z bolszewikami. Miasto Radzymin kilkakrotnie przechodzi z rąk do rąk. Wydawało się, że słynący z cudów i łask zakątek dostanie się w ręce bolszewików. Ale Maryja, Opiekunka Ziemi Radzymińskiej, w krytycznym momencie sama interweniuje. I swoim zjawieniem się bolszewikom... zmienia bieg historii!
Po zakończonej wojnie bolszewicko-polskiej miejsce Zjawienia nadal było licznie nawiedzane przez pielgrzymów. Przybywały tu tzw. kompanie - liczące po kilkanaście tysięcy ludzi, nocujących latem w stodołach, na stogach siana, gdzie kto mógł. Chociaż Bogurodzica nie ukazywała się osobiście (przynajmniej dotychczas nie posiadam takich informacji), jednak możemy mówić o Jej stałej obecności na tym miejscu. Świadczyły o tym wota dziękczynne i relacje wiernych. Mieszkanka Radzymina pani Jadwiga Kornacka 2 sierpnia (w święto Matki Bożej Anielskiej) podczas ostrzału niemieckiego przebywała w kaplicy na Zjawieniu, w chwili gdy pocisk artyleryjski przebił ścianę... nie wybuchając! Oto jej komentarz: "Maryja okryła nas płaszczem swej opieki i ocaliła!". Późniejszym dowodem obecności Maryi na Zjawieniu (choć niewidzialnej) był przypadek uzdrowienia (w obecności licznych świadków) ułomnej kobiety 6 sierpnia 1963 roku, w Święto Przemienienia Pańskiego. Niepełnosprawna kobieta, z kościoła odległego o 2 km dowlokła się do kaplicy o kulach. Po modlitwie różańcowej odzyskała pełną sprawność w nogach. Kule, dowód całkowitego uzdrowienia, zawieszono na wieży kościelnej na polecenie ks. proboszcza Zygmunta Kowalskiego, który całą sprawę opisał w parafialnej kronice.
Natomiast rzeczywiste, poznawalne zmysłami objawienie się Bogurodzicy miało tutaj miejsce w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Miałem możność odwiedzić to miejsce i poznać osobiście wizjonera, pana Zygmunta W. Na miejscu zapoznałem się z okolicznościami objawienia i treścią przekazanego przez Maryję orędzia. O tym fakcie został powiadomiony ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej, co szerzej opisuję w książce.
Maryja uratowała Warszawę w 1920 roku. Można postawić pytanie, dlaczego taki okrutny los spotkał naszą stolicę w roku 1944?
- W 1920 roku pomimo przygnębiającej atmosfery, poczucia zbliżającej się nieuchronnie klęski, cały Naród, nie tylko Warszawa, solidarnie mobilizował siły duchowe. Ojczyzna została oficjalnie zawierzona Sercu Jezusowemu (19.06.1920 r.) z udziałem Naczelnika Państwa i najwyższych władz kościelnych i państwowych. Przed ostateczną konfrontacją z bolszewikami została podjęta Powszechna Krucjata Modlitewna. Biskupi inicjowali ogólnopolską nowennę za Ojczyznę, odprawianą od uroczystości Przemienienia Pańskiego (6.08) do święta Wniebowzięcia Matki Najświętszej (15.08). Ksiądz kardynał Aleksander Kakowski zarządził we wszystkich kościołach Warszawy całodzienną adorację Przenajświętszego Sakramentu, a generał Józef Haller - nowennę w intencji ocalenia Polski w stołecznym kościele pw. Świętego Zbawiciela. Te żarliwe modlitwy zobligowały niejako Matkę Bożą, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski, do osobistej interwencji na przedpolach Warszawy, czego owocem był cud zwycięstwa w tej praktycznie przegranej wojnie. Bo bez Boga ani do proga!
Wybuch Powstania Warszawskiego w 1944 roku nastąpił po 15 miesiącach od pierwszego Objawienia się Bogurodzicy w warszawskiej osadzie Siekierki. Powstańcy ruszyli naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącym sercem i z butelkami wypełnionymi benzyną, ale... Patronki Warszawy nie zaproszono do współpracy! Warszawa zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same - bez pomocy Mamy! Dowództwo Armii Krajowej, przygotowując powstanie, nie wzięło najwidoczniej pod uwagę tego, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia, nawet genialnych dowódców, lecz wola Boga, który zawsze i wszędzie sam o wszystkim decyduje. Jedynie od Jego woli zależy, czy działania ludzkie zostaną uwieńczone sukcesem czy porażką. Dlatego tylko współpraca, zjednywanie Go dla swoich planów i podejmowanie wspólnego z Nim działania może doprowadzić do zwycięstwa. Maryja na Siekierkach powiedziała: Jeśli wy jesteście ze mną, to i Ja jestem z wami i nic się Wam nie stanie!
Nurtuje mnie pytanie: co w ciągu 23 lat, które upłynęły od Bitwy Warszawskiej, tak odmieniło serca i umysły mieszkańców stolicy, że zdecydowano bez Bożej i Maryi pomocy walczyć z przeważającym wrogiem i chciano własnymi, wątłymi siłami oswobodzić Warszawę? Gdyby orędzia Maryi przekazywane na Siekierkach zostały przyjęte i zainicjowano by powszechne, ogólnonarodowe modlitwy w intencji pokoju (jak to było w 1920 roku), a warszawianie zreflektowali się i zmienili swoje życie, sądzę, że powstanie zakończyłoby się zwycięstwem nad Niemcami i Warszawa by ocalała! Tak by się z pewnością stało, bo celem misji Maryi było uratowanie Warszawy! Powiedziała: jeśli będziecie ze Mną, to nic się wam nie stanie! Oczywiście, powstańcy indywidualnie zawierzali się Maryi, modlili na różańcu, przyjmowali sakramenty (co żywo wspomina w swojej książce "Przez Maryję wszystko dla Boga. Wspomnienia 1920-1948" siostra Maria Okońska), lecz oficjalnego, podobnego jak za Marszałka Piłsudskiego zawierzenia działań zbrojnych Bogu i Jego Matce nie było!
Dlatego trudno się dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w dniu święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi, nie pokonano i nie przepędzono Niemców ze stolicy! Powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została w odwecie spalona i totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Pół miliona warszawian straciło życie, tylu, ile przed wojną zostało pomordowanych dzieci poczętych. Po 37 latach, w 1981 roku, w Medjugorie w Jugosławii była podobna sytuacja. Maryja objawiła się tam jako Królowa Pokoju.
Modlitwą starała się zapobiec wojnie domowej, o której wiedziała, że wkrótce obejmie cały kraj. Mówiła: Zło (kara) nie nastąpi, jeśli świat się nawróci. Wzywajcie ludzi do nawrócenia, wszystko zależy od waszego nawrócenia (por S. Budzyński, "Tajemnica Objawień w Medjugorie", s. 47). Czyż Maryja nie to samo mówiła w Warszawie w maju 1943 roku? Chociaż w Jugosławii przez kilka lat trwała wojna, której ślady są widoczne do dziś, to w Medjugorie nie zginął ani jeden człowiek (por. Siostra Emmanuel, "Medjugorie, wojna dzień po dniu"). Obietnica Maryi nie jest czczą obietnicą: jeśli wy jesteście ze mną, to Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
Zainicjował Ksiądz w sanktuarium Matki Bożej Łaskawej pierwszosobotnie Msze Święte połączone z publicznym odczytaniem aktu zawierzenia Maryi osób prywatnych, rodzin i firm. Czy wielu ludzi wierzących pragnie dziś zawierzyć swoje życie Maryi?
- Już od 13 lat w każdą pierwszą sobotę miesiąca o godzinie 8.30 rano odprawiam Mszę Świętą, podczas której specjalnym aktem zawierzamy się Niepokalanemu Sercu Maryi. Uczestniczy w niej coraz więcej osób, nawet z odległych dzielnic Warszawy. Często po Mszy Świętej podchodzą do mnie ci, którzy z ufnością odprawiali moją Nowennę do Matki Łaskawej (której współautorem jest śp. ks. Jan Twardowski) i opowiadają o rzeczach nadzwyczajnych, jakie po jej zakończeniu zdarzały się w ich życiu! Nie na próżno Matka Łaskawa ma tytuł: od wszelkiego utrapienia! Spotkania te są dla mnie wielką radością i ożywiają pragnienie szerzenia chwały warszawskiej Madonny! Mam nadzieję, że doczekam chwili, kiedy Skarb Warszawy, Cudowny Obraz Matki Łaskawej, zostanie rekoronowany nową królewską koroną, taką jak zaginiony dar stołecznego magistratu, ofiarowany Maryi wraz z tytułem Patronki Warszawy i Strażniczki Polski w 1652 roku.
Jak przedstawia się historia korony Matki Bożej Łaskawej - Patronki Warszawy?
- Otóż rok po instalacji obrazu Matki Bożej Łaskawej, będącego swobodną repliką wizerunku Madonny ze strzałami, obrończyni od zarazy, od 240 lat czczonego w Faenzie, mieście włoskiej prowincji Emiliia - Romania, do okolic Warszawy dociera epidemia cholery przywleczona na polskie ziemie przez kozaków. Fundator obrazu, rektor pierwszej w Polsce i Warszawie publicznej, bezpłatnej szkoły powszechnej, pijar ks. Hiacynt Orselli spowoduje, że magistrat dla uproszenia ratunku dla miasta zgadza się na publiczną procesję wokół murów miejskich obrazu Madonny od zarazy, przy biciu wszystkich stołecznych dzwonów.
Po tym pamiętnym przejściu Madonny wokół murów miejskich nie odnotowano żadnego zgonu spowodowanego cholerą. Matka Łaskawa osłoniła Warszawę płaszczem swej opieki i wyjednała warszawianom łaskę wygaśnięcia epidemii. By godnie wyrazić wdzięczność za cudowne ocalenie, magistrat ozdabia (dekoruje) wizerunek wotywnym darem, królewską koroną. Została ona nałożona na obraz jako aplikacja, ukrywając dość niefortunnie namalowaną koronę Maryi. Aplikacja została wykonana zgodnie z regułami heraldycznymi. Jest to więc korona, jaka przysługuje królom i królowym, zamknięta, ośmioobłękowa, zwieńczona małym globem z Krzyżem (korona namalowana, otwarta jest zwieńczona... kwiatkiem!). Dar magistratu był czytelnym znakiem mówiącym o królewskiej godności Maryi Łaskawej (patrz: Jerzy Lileyko, "Regalia polskie", KAW 1987).
Podczas podniosłej uroczystości w staromiejskim ratuszu młody, bo powstały zaledwie przed kilkoma miesiącami, obraz okrzyknięto cudownym i jednogłośnie obrano Madonnę ze strzałami Patronką Warszawy! Rajcowie uroczyście powierzyli Maryi Łaskawej nie tylko patronat nad Warszawą, ale obwołali Ją także Strażniczką Polski, słusznie rozumując, że Maryja może skruszyć strzały, nie tylko zarazy, ale i strzały wrażych wojsk. Od tej chwili Maryja Łaskawa otrzymuje oficjalny tytuł: Patrona Varsaviae et Custos Lechiae - Patronki Warszawy i Strażniczki Polski.
Skąd wiemy, jak ta, niezachowana do naszych czasów, wotywna korona wyglądała?
- Kiedy następnego roku, 1653, epidemia cholery zbliżała się do Wilna, tamtejszy sufragan postanowił wezwać na ratunek sławną cudem uśmierzenia zarazy stołeczną Madonnę ze strzałami. Zamawia więc w Warszawie replikę cudownego obrazu, na której, po raz pierwszy, zostanie uwieczniony dar magistratu - wotywna, królewska korona. Także inne, powstałe po roku 1652, repliki orsellowskiej Madonny będą ukazywały tę nową koronę: zamkniętą, ośmioobłękową, zwieńczoną krzyżem.
Kiedy ostatecznie książka Księdza "Zjawienie się Matki Bożej podczas Bitwy Warszawskiej 1920 roku, czyli Cud nad Wisłą" ukaże się w księgarniach?
- Będzie to zależało od możliwości edytorskich wydawnictwa Fundacji "Nasza Przyszłość". Ostateczną wersję książki, ubogaconą nowymi materiałami, przekażę wydawcy w październiku bieżącego roku.
Dziękuję za rozmowę.
Z rosyjskiej armii do wojsk niepodległej Rzeczypospolitej
Generał Lucjan Żeligowski przeszedł do historii jako wykonawca planu Józefa Piłsudzkiego przyłączenia Wilna do Polski w październiku 1920 roku. Mniej znany jest jako organizator polskich formacji zbrojnych w Rosji i dowódca Frontu Litewsko-Białoruskiego w wojnie polsko-bolszewickiej. Działania wojsk polskich pod jego dowództwem opóźniły znacznie pochód armii Tuchaczewskiego w 1920 roku. Pozwoliło to przygotować obronę Warszawy i kontrnatarcie znad Wieprza zadające ostateczną klęskę bolszewikom w Bitwie Warszawskiej.
Przyszły generał urodził się 17 października 1865 roku w Oszmianie na Wileńszczyźnie w rodzinie o patriotycznych tradycjach. Jego ojciec Gustaw brał udział w Powstaniu Styczniowym. Rodzice generała Żeligowskiego kilka lat po jego urodzeniu zostali zesłani w głąb Rosji i tam zmarli. Lucjana i jego siostry wychowała rodzina ze strony matki. Maturę zdał jako ekstern w gimnazjum na Antokolu w Wilnie. Następnie wstąpił do szkoły junkrów w Rydze, która kształciła oficerów piechoty. W 1888 roku ukończył ją, uzyskując stopień podporucznika. Młody oficer został skierowany do 136. pułku piechoty w Nowoczerkawsku nad Donem na Ukrainie.
Kłopoty przez abstynencję
Lucjan Żeligowski przez całe życie był abstynentem, co łączyło się z poważnymi problemami w rosyjskiej armii. Doświadczył tego już wtedy, gdy rozpoczął służbę w armii. W wojsku carskim istniał zwyczaj, że na cześć oficera rozpoczynającego służbę w garnizonie urządzano przyjęcie suto zakrapiane alkoholem. Podobnie było i po przybyciu Żeligowskiego do pułku. Dowódca garnizonu wzniósł toast za zdrowie nowego oficera pułku, wszyscy obecni wojskowi uczynili to samo, tylko Żeligowski podniósł kieliszek do ust, po czym go odstawił. Pytany przez przełożonego, czy jest chory, odpowiedział, że po prostu nie pije alkoholu. Generał potraktował to jako obrazę i zaczął kolejno wznosić toasty za pułk, dywizję, korpus, a w końcu za cara. Jednak i za cara Żeligowski nie wypił. W związku z tym trafił do aresztu za obrazę Jego Imperatorskiej Wysokości. Jednak Żeligowski swoją postawą zyskał szacunek u oficerów i wyprosili u dowódcy zwolnienie polskiego "buntowszczika". Abstynencja przy powszechnym pijaństwie w armii rosyjskiej była bardzo uciążliwa dla Żeligowskiego. Dlatego, by nie znajdować się w kłopotliwym położeniu, unikał imprez zakrapianych alkoholem. Przez to zyskał opinię samotnika. Problemy w karierze wojskowej stwarzało także jego polskie pochodzenie, przez które wstrzymywano mu niejednokrotnie awans.
W 1905 roku w stopniu kapitana został skierowany na wojnę rosyjsko-japońską, gdzie się wykazał odwagą, został awansowany i odznaczony. Jednak popadł w konflikt ze zwierzchnikami, oskarżony o wywołanie buntu wśród żołnierzy.
W 1906 roku powrócił do swojego macierzystego pułku w Rostowie nad Donem, rok później ożenił się z Tatianą Pietrową. Wkrótce urodziły się im bliźnięta - Janina i Tadeusz.
Twórca polskich formacji wojskowych w Rosji
W czasie I wojny światowej już jako podpułkownik w rosyjskiej armii dowodził batalionem. Po roku awansował do stopnia pułkownika i objął dowództwo 264. pułku piechoty. Mimo długoletniej służby w carskim wojsku nigdy nie zapomniał o swoim polskim pochodzeniu. Gdy zaczęła się tworzyć w Bobrujsku Brygada Strzelców Polskich, na własną prośbę poprosił o przeniesienie do tworzącej się polskiej formacji, w której w październiku 1915 roku objął dowództwo III Batalionu. Żeligowski starał się bronić polskiego charakteru formacji, co nie było łatwe, gdyż Rosjanie chcieli za pośrednictwem skierowanych do brygady oficerów udających Polaków mieć nad polskim wojskiem kontrolę. Brygada walczyła krótko na froncie w lipcu 1916 roku z Niemcami w rejonie miejscowości Zaosie na Białorusi, forsując rzekę Szczarę.
W styczniu 1917 roku nastąpiła rozbudowa polskich formacji w Rosji. Polska Brygada Strzelców została przekształcona w Dywizję Strzelców Polskich, a Żeligowski objął komendę nad jednym z pułków dywizji. W połowie 1917 roku ze swoją jednostką walczył z Austriakami w Galicji pod Husiatynem.
Po obaleniu cara pogłębił się rozkład rosyjskiej armii. Polacy dotychczas służący w carskich oddziałach coraz liczniej napływali do polskich formacji, które rozrosły się do wielkości korpusu. Po wybuchu rewolucji październikowej, która przyniosła ostatecznie władzę bolszewikom, Żeligowski poróżnił się z dowódcą I Korpusu Polskiego, gen. Józefem Dowborem-Muśnickim, który opowiedział się za wsparciem rosyjskiego Rządu Tymczasowego. Żeligowski był zdania, że polskie jednostki powinny pozostać neutralne wobec konfliktu w Rosji. Na tle tych różnic wiosną 1918 roku gen. Dowbor-Muśnicki zdymisjonował go.
Żeligowski związał się z Naczelnym Polskim Komitetem Wojskowym (Naczpol). W lipcu 1918 roku został mianowany generał-porucznikiem i na rozkaz gen. Józefa Hallera objął dowództwo nad 4. Dywizją Strzelców Polskich stacjonującą w Kubaniu. W kwietniu i w maju 1919 roku jego żołnierze walczyli z bolszewikami, wspierając francuski korpus ekspedycyjny.
Powrót do Polski
Na czele 4. Dywizji Strzelców Polskich, zwanej niekiedy Dywizją Żeligowskiego, wrócił w czerwcu 1919 roku przez Odessę oraz Besarabię do Polski, werbując po drodze do swoich szeregów kolejnych Polaków. Dywizja generała Żeligowskiego weszła do tworzonych wówczas sił zbrojnych Polski pod nazwą 10. Dywizji Piechoty.
Apogeum kariery wojskowej generała Żeligowskiego przypada na okres wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, w której okazał się jednym z wybitniejszych polskich generałów. Dowodził 10. Dywizją Piechoty, grupą operacyjną działającą w rejonie Mińska Litewskiego, a wreszcie Frontem Litewsko-Białoruskim.
W lipcu i sierpniu 1920 roku wojska przez niego dowodzone wycofywały się na zachód, dzielnie walcząc pod Zambrowem, Ostrowią Mazowiecką i Wyszkowem, opóźniając tym samym pochód armii bolszewickiej Tuchaczewskiego. Dzięki temu dowództwo zyskało czas na przygotowanie obrony na przedpolach stolicy.
Dywizja Żeligowskiego odegrała ogromną rolę w walkach pod Radzyminem, uderzając na wdzierające się w głąb polskich pozycji bolszewickie hordy. Żołnierze generała Żeligowskiego uderzeniem odrzucili dywizje bolszewickie (27., 2. i 21.) poza linię rzeki Rządzy. Zdobyli Radzymin, niemal całkowicie rozbijając przy tym 27. Dywizję. Brawurowe natarcie 10. Dywizji gen. Żeligowskiego poderwało do walki wszystkie oddziały wokół Warszawy. Doprowadziło to do załamania wroga na przedpolach Warszawy, a następnie do panicznej bezładnej ucieczki.
We wrześniu 1920 roku doszło do kolejnej batalii, która ostatecznie pogrążyła bolszewików. W bitwie niemeńskiej ostatecznie upadły komunistyczne marzenia o zaniesieniu rewolucji komunistycznej na zachód Europy. W walkach nad Niemnem ważną rolę odegrali żołnierze generała Lucjana Żeligowskiego, którzy pozorując odwrót, wciągnęli znaczne siły Armii Czerwonej w pułapkę.
O odwadze i zdolnościach wojskowych generała świadczą odznaczenia, które otrzymał: Krzyż Virtuti Militari, Krzyż Niepodległości, order Polonia Restituta, a także nadany czterokrotnie Krzyż Walecznych.
Wyzwoliciel Wilna
Generał Żeligowski był zaufanym Józefa Piłsudskiego. Obaj urodzili się na Wileńszczyźnie. Jemu Marszałek powierzył zadanie zdobycia Wilna, które bolszewicy przekazali Litwinom, a zamieszkałego w tym czasie w zdecydowanej większości przez Polaków. Ze względu na uwarunkowania międzynarodowe Polska nie mogła interweniować. Piłsudski polecił Żeligowskiemu, żeby "zbuntował" się na czele 1. Dywizji Litewsko-Białoruskiej, w której służyli żołnierze pochodzący z Wileńszczyzny, i zajął Wilno. 8 października 1920 roku atakiem na wojska litewskie stacjonujące w Puszczy Rudnickiej żołnierze Żeligowskiego rozpoczęli akcję zbrojną na Wileńszczyźnie. Następnego dnia oddziały polskie zajęły miasto niemal bez walki. Mieszkańcy Wilna witali ich jako wyzwolicieli. Trzy dni później gen. Żeligowski proklamował powstanie niezależnego państwa Litwy Środkowej, która obejmowała obszar ok. 10 tys. km kw, zamieszkiwany przez 530 tys. osób, z których Polacy stanowili ponad 70 proc., a Litwini mniej niż 13 procent. Pod koniec 1921 r. przekazał władzę na Litwie Środkowej rządowi cywilnemu, którym kierował Aleksander Meysztowicz. Wkrótce Sejm Litwy Środkowej bez głosu sprzeciwu podjął decyzję o włączeniu Wileńszczyzny do Polski.
Dla Polaków na Wileńszczyźnie generał stał się bohaterem. W okresie międzywojennym gimnazjum w Wilnie, gdzie generał zdał maturę, przyjęło jego imię. Ufundowano także tablicę pamiątkową, na której widniał napis: "Wilno zajął nie ten Żeligowski, który dowodził wojskami pod Radzyminem, lecz ten, który będąc małym chłopcem, przechodził boso z Żupaw do Wilna na szkolny egzamin i nocował na ławce w Ogrodzie Bernardyńskim".
W II Rzeczypospolitej
W 1923 roku Żeligowski został mianowany generałem broni. Od 27 listopada 1925 r. pełnił funkcję ministra spraw wojskowych w gabinecie Aleksandra Skrzyńskiego do czasu zamachu majowego w 1926 roku. Opowiedział się po stronie Józefa Piłsudskiego. Po utworzeniu Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych przez kilka miesięcy był inspektorem armii. Ale już w końcu sierpnia 1927 roku przeszedł w stan spoczynku.
Po przejściu na emeryturę osiadł w Andrzejowie na Wileńszczyźnie. Nadal zajmował się polityką, W latach 1935-1939 był posłem na Sejm. Wydał książkę "Wojna w roku 1920. Wspomnienia i rozważania".
Na emigracji
Tuż przed wybuchem wojny zwrócił się do marszałka Rydza-Śmigłego z prośbą o powołanie do czynnej służby. Prośba nie spotkała się z odzewem. W wojnie 1939 roku nie wziął czynnego udziału. Po kapitulacji przez Rumunię przedostał się do Francji, a po jej upadku do Wielkiej Brytanii. Na emigracji był członkiem Rady Narodowej RP i kanclerzem Kapituły Orderu Virtuti Militari.
Zmarł 9 lipca 1947 roku w Londynie. Zgodnie z jego wolą został pogrzebany w Polsce. Jego szczątki spoczęły na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Andrzej Kulesza
Spłacali dług wdzięczności
Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski walczyli o wolność Stanów Zjednoczonych. Pamięć o ich zasługach jest żywa za oceanem. To właśnie wdzięczność za ich pomoc była jednym z motywów udziału lotników z USA w walce z bolszewikami w czasie wielkiej próby, gdy ważyły się losy naszej niepodległości w 1920 roku. Byli ochotnikami, z własnej woli przyjechali nad Wisłę, by pomóc Polsce powstrzymać bolszewicką nawałę.
W 1917 roku Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny po stronie państw ententy. Amerykanie wysłali do Europy Korpus Ekspedycyjny. Pod koniec I wojny światowej we Francji znajdował się liczący kilkaset tysięcy żołnierzy Stanów Zjednoczonych korpus wojskowy pod dowództwem gen. Johna Pershinga. Część lotników nie zamierzała powracać do ojczyzny po zakończeniu walk na polach bitewnych I wojny światowej. Postanowili wstąpić do polskiej armii, która walczyła w tym czasie o zachowanie niepodległości.
Cooperowie pamiętali o Pułaskim
Inicjatorem udania się do Polski amerykańskich lotników był kapitan Merian Cooper. Był on prawnukiem pułkownika Johna Coopera, który brał udział w bitwie pod Savannah pod komendą Kazimierza Pułaskiego. Ciężko rannego polskiego dowódcę wyniósł z pola bitwy i był obecny przy jego śmierci. Pamięć o Johanie walczącym pod komendą generała z dalekiej Polski była przekazywana w domu Cooperów z pokolenia na pokolenie. Ze względów sentymentalnych, pod wpływem opowieści z domu rodzinnego prawnuczek Johna, Merian Cooper, lotnik amerykański biorący udział w walkach z Niemcami we Francji, postanowił przyjechać do Polski. W lutym 1919 roku przybył do naszego kraju w ramach misji humanitarnej ARA (American Relief Administration), której celem było niesienie pomocy zniszczonym europejskim krajom. Na czele ARA stał późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych Herbert Hoover. Dla zniszczonej działaniami wojennymi odradzającej się Rzeczypospolitej pomoc amerykańskiej misji była bardzo istotna.
Cooper został skierowany do Lwowa, gdzie pomagał rozdzielać pomoc humanitarną. Tu duże wrażenie wywarło na nim spotkanie z Amerykanką, która po polskiej stronie broniła Lwowa przed ukraińską ofensywą. - Walczę za niepodległość Polski. Dobrze jest za to walczyć - miała powiedzieć do Coopera jego rodaczka. Słowa te, jak później wspominał, wywarły na nim duże wrażenie. Wkrótce poznał generała Tadeusza Rozwadowskiego, któremu powiedział, że gotów jest walczyć z bolszewikami na linii frontu i przedstawił plan zorganizowania większej formacji amerykańskich żołnierzy w wojnie z bolszewikami. Rozwadowskiemu spodobał się ten pomysł. Tym bardziej że oficerów lotnictwa brakowało w tworzącej się polskiej armii.
29 kwietnia 1919 r. Cooper napisał list do Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, w którym przedstawił swoje plany i motywy działania. Na początku maja wraz z generałem Rozwadowskim Cooper udał się do Piłsudskiego, który przychylnie odniósł się do propozycji stworzenia eskadry lotników amerykańskich w służbie polskiej.
W związku z tym w lipcu 1919 roku Cooper udał się do Francji, aby werbować swoich rodaków do polskiej armii. W Paryżu spotkał przypadkowo kolegę z Korpusu Lotniczego Cedrica Fauntleroya. Opowiedział mu o swoich planach i zgodzie polskich władz na stworzenie formacji amerykańskich lotników w Polsce. Fauntleroyowi spodobał się ten pomysł i postanowił wyjechać do Polski. Wkrótce obaj piloci dzięki pośrednictwu gen. Tadeusza Rozwadowskiego spotkali się z przebywającym wówczas w Paryżu premierem Ignacym Janem Paderewskim. Szefowi polskiego rządu również podobał się pomysł stworzenia amerykańskiej eskadry lotniczej w Polsce.
Ochotnicy jadą do Polski
Cooper dzięki wcześniejszym znajomościom szybko znalazł kilku ochotników w gronie doświadczonych pilotów. Przedstawił im trudności, jakie spotkają ich w Polsce - brak lotnisk, samolotów oraz niski żołd (miała to być zaledwie niewielka część, którą otrzymywali dotychczas). Mimo to wszyscy zgodzili się na przyjazd do Polski, aby walczyć z bezbożnym komunizmem. Cooper barwnie opowiadał kolegom o walce kobiet i dzieci w obronie Lwowa przed Ukraińcami, co dodatkowo mobilizowało ich do wyjazdu.
Do Polski grupa ośmiu amerykańskich lotników wyjechała w połowie września 1919 roku (trzech kolejnych przybyło w terminie późniejszym).
Chcemy się bić za Polskę
Tuż po przybyciu na miejsce delegację lotników przyjął w Belwederze Józef Piłsudski. - Chcemy się bić za Polskę, aby spłacić dług zaciągnięty kiedyś wobec niej przez Stany Zjednoczone - oświadczył mjr Cedric Fauntleroy, najstarszy stopniem amerykański ochotnik. - Dobrze pokażcie, co umiecie - miał odpowiedzieć mu Piłsudski. Naczelnik Państwa wzruszył się, kiedy kpt. Cooper opowiedział historię rodzinną o pradziadku i generale Pułaskim.
Amerykańscy piloci podpisali kontrakty 6-miesięczne z możliwością przedłużenia na kolejne 3-miesięczne okresy. Przywdziali polskie mundury. W książeczkach wojskowych mieli wpisaną adnotację, że nie mówią w języku polskim, po to, by nie zostali uznani przypadkiem za szpiegów.
Następnie amerykańscy lotnicy przybyli na lotnisko Lewandówka koło Lwowa, gdzie swoją bazę miała 7. Eskadra Lotnicza. Przyjęła ona oficjalną nazwę: 7. Eskadra Bojowa im. Tadeusza Kościuszki. Dowództwo nad jednostką objął mjr Cedric Fauntleroy, a jego zastępcą został kpt. Merian Cooper. Eskadra liczyła 12 pilotów (8 Amerykanów i 4 Polaków). Obsługę naziemną (31 mechaników) stanowili Polacy. Piloci eskadry dysponowali 12 samolotami, które przybyli Amerykanie dostarczyli Polsce. W tym też czasie powstało godło eskadry: czapka z czasów Powstania Kościuszkowskiego na tle 13 gwiazd symbolizujących amerykańskie stany z czasów amerykańskiej wojny o niepodległość.
Początkowo Amerykanie zajmowali się szkoleniem polskich pilotów. Jednak nie byli zadowoleni z tej roli. Dowódca eskadry wysłał dwa listy do Józefa Piłsudskiego z prośbą o przeniesienie na front. Przyniosło to efekt w pierwszych dniach kwietnia, kiedy to jednostkę skierowano na lotnisko w Połonnem.
W walce z bolszewikami
W czasie wyprawy na Kijów w kwietniu 1920 roku wykonywali loty rozpoznawcze. W jednym z raportów wywiadowczych dostarczyli gen. Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu, dowódcy 3. Armii, bardzo cenną wiadomość o zbliżaniu się od wschodu Armii Konnej Budionnego. Dzięki temu armia polska zyskała trzy dni na przygotowanie obrony. Bolszewicy przerwali front, ale nie zdołali rozbić ani okrążyć polskich wojsk. Dzięki meldunkowi amerykańskich lotników Polacy nie zostali zaskoczeni i mogli wycofać się na zachód.
Amerykanie stosowali bardzo skuteczną taktykę zwalczania bolszewickiej kawalerii, polegającą na falowym atakowaniu i ostrzeliwaniu wzdłuż maszerującej kolumny wroga na niewielkiej wysokości. Powodowało to nie tylko ogromne straty w szeregach wroga, ale także wywoływało panikę koni, co na długo i skutecznie dezorganizowało pochód.
Zwalczali nawet flotę wroga. Kapitan Crawford ostrzelał statki bolszewickie na Dniestrze, doprowadzając do wybuchu przewożonej amunicji i zatopienia jednostek. Dużego wyczynu dokonał dowódca eskadry major Fauntleroy podczas jednego z lotów zwiadowczych. Zauważył koncentrację bolszewików czekających na polski pociąg, którym przewożono około 2 tys. żołnierzy. Major, wykonując akrobację nad pociągiem, zatrzymał go, wylądował przy torach i ostrzegł o niebezpieczeństwie.
Polskie dowództwo wysoko oceniło kunszt wojenny lotników zza oceanu. W jednym z raportów dla gen. Listowskiego czytamy: "Amerykańscy lotnicy pomimo wycieńczenia walczą jak opętani. Służbę wywiadowczą pełnią świetnie. Ostatnio podczas ataku na nieprzyjaciela ich dowódca zaatakował nieprzyjaciela od tyłu i ogniem z kulomiotów prażył we łby bolszewików".
W walkach wokół Lwowa
Podczas odwrotu wojsk polskich koło Berdyczowa część samolotów uległa uszkodzeniu. Lotnicy musieli pieszo wycofywać się na zachód. Eskadra została skierowana w okolice Lwowa. Majora Cedrica Fauntleroya mianowano dowódcą 3. Dywizjonu Lotniczego. 7. Eskadra Kościuszkowska znalazła się pod komendą kpt. Coopera.
W sierpniu 1920 roku, gdy kozacy Budionnego doszli pod Lwów, amerykańscy lotnicy skutecznie nękali ich nalotami, ponosząc przy tym straty. Po sierpniowych starciach zdolne do użycia w walce pozostały jedynie 3 maszyny. Ostatni swój lot samoloty 7. Eskadry wykonały 23 września 1920 roku.
Uznany za zaginionego
W czasie lotu nad Równem został zestrzelony samolot kapitana Coopera. Dowództwo uznało go za zaginionego. Tymczasem udało mu się wylądować na terenie zajętym przez bolszewików. Od egzekucji uchroniło go to, że przedstawił się jako robotnik siłą zmuszony do służby wojskowej. Ponadto ślady po oparzeniach, jakie wyniósł z walk na froncie francusko-niemieckim, świadczyły w oczach bolszewików o robotniczym pochodzeniu Coopera. Próbowali namówić go do współpracy przy szkoleniu bolszewickich pilotów. Odmówił, a po tym, jak podjął nieudaną próbę ucieczki, przewieziony został do więzienia w Moskwie. Jako obywatel amerykański nie podlegał wymianie jeńców pomiędzy Polską i Rosją Sowiecką. Jednak w więzieniu poznał dwóch polskich oficerów, z którymi uciekł i szczęśliwie przedarł się przez Rygę do Polski.
Krzyże Virtuti Militari i pomnik dla poległych
W czasie wojny polsko-bolszewickiej w 7. Eskadrze Bojowej im. Tadeusza Kościuszki służyło 21 Amerykanów. Zginęło 3 lotników zza oceanu (por. Edmund P. Graves, kpt. Arthur H. Kelly, por. G. Mac Callum). Zostali pochowani na cmentarzu Obrońców Lwowa. Marszałek Józef Piłsudski odznaczył 9 pilotów Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, a 4 otrzymało Krzyże Walecznych.
Polska pamiętała o amerykańskich bohaterach. W maju 1925 roku na cmentarzu Obrońców Lwowa odsłonięto pomnik wzniesiony staraniem Związku Narodowego Polskiego z Chicago. Monument, ładny pod względem artystycznym, przedstawiał naturalną postać młodego mężczyzny w kombinezonie lotniczym ze skrzydłami na ramionach.
Cmentarz został celowo zniszczony po II wojnie światowej przez Sowietów. Podobny los spotkał pomnik amerykańskich lotników. W latach 90. rozpoczęły się prace nad rekonstrukcją cmentarza, jednak władze ukraińskie nie zgodziły się na rekonstrukcję pomnika amerykańskich lotników.
Andrzej Kulesza
Trzeba uczyć miłości ofiarnej
Z ks. Dariuszem Skwarskim, proboszczem parafii przy sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej w Ossowie pod Warszawą, rozmawia Sławomir Jagodziński
Parafia, której Ksiądz jest pierwszym proboszczem, istnieje od niedawna, ale tereny, które obejmuje od dziesiątków lat, są bardzo ważne dla Polaków...
- Parafię przy sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej w Ossowie erygował ówczesny ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej ks. abp Sławoj Leszek Głódź w kwietniu tego roku. O samej wiosce zapewne nikt by dziś nic nie wiedział, gdyby nie Bitwa Warszawska z 1920 roku. Ossów bowiem stał się areną walk w czasie wojny polsko-bolszewickiej, co sprawiło, że miejsce to znane jest dużej części Polaków. Jak wiemy, 4 lipca 1920 roku pod bolszewickim hasłem Lenina: "Naprzód na Zachód! Przez trupa Polski do serca Europy", rozpoczęła się wielka ofensywa bolszewicka na całym froncie zachodnim, która zmierzała nie tylko do tego, aby zająć terytorium Polski i szerzyć wrogą i bezbożną ideologię komunizmu, ale także, aby ją rozszerzyć na całą Europę. Poczynając od 4 lipca, wojska polskie cofały się i właściwie sytuacja wyglądała na beznadziejną. Głównodowodzący Józef Piłsudski postanowił, że wokół Warszawy będzie utworzona ostateczna linia obrony. O tym, że sytuacja była poważna, świadczą słowa Piłsudskiego: "Pod wrażeniem nasuwającej się chmury gradowej łamało się państwo, chwiały się charaktery, miękły serca żołnierzy". To obrazuje najlepiej, jaka była sytuacja na froncie, że to wszystko zdawało się zmierzać do ostatecznej klęski. W tym miejscu trzeba też podkreślić, że to nie tylko stratedzy wojskowi obmyślali plan obrony Warszawy, zakładający, aby kontruderzenie na wojska rosyjskie nastąpiło znad Wieprza. Cud nad Wisłą został wyproszony przez modlącą się w tym czasie całą Warszawę. Ten element duchowy obrony stolicy trzeba zawsze podkreślać. W warszawskich kościołach był wystawiony Najświętszy Sakrament, ludzie tłumnie przychodzili, żeby się modlić. Niech przemówią obrazy: w Warszawie przed figurą Matki Bożej Zwycięskiej na Krakowskim Przedmieściu każdego dnia od rana do nocy modliło się tysiące osób: dzieci, kobiet, mężczyzn, ludzi młodych i starszych. W kościele Najświętszego Zbawiciela w Warszawie któregoś poranka w lipcu lub w sierpniu leżał przed Krzyżem i obrazem Matki Bożej Częstochowskiej gen. Józef Haller, który był dowódcą armii ochotniczej. On zmobilizował do walki ponad 20 tysięcy osób, które stanęły obok armii zawodowej do obrony przed bolszewikami. Podkreślam to, bo właśnie pod Ossowem walczyli ochotnicy.
Czy mógłby Ksiądz zatem przypomnieć, jakie wydarzenia uczyniły z Ossowa miejsce narodowego sanktuarium?
- Nie rozwijając szerszego wątku całej wojny, trzeba jednak przypomnieć, że linia obrony biegła m.in. wzdłuż wschodnich i południowo-wschodnich umocnień przedmościa warszawskiego, na odcinku od Wiązowny poprzez Okuniew, Wołomin, aż po Radzymin. Ta linia obrony została przerwana w okolicach Leśniakowizny. Przez Leśniakowiznę i następnie Ossów bolszewicy zbliżali się do Warszawy. I tu dochodzimy do wydarzeń, które uczyniły z Ossowa miejsce narodowego sanktuarium. W rezerwie wojsk polskich znajdowały się bataliony ochotnicze zgrupowane wokół Ossowa. Gdyby bolszewicy tutaj pokonali Polaków, przeszli Ossów, to już właściwie bramy stolicy stałyby przed nimi otworem. Poprzez Pragę dotarliby do serca Warszawy. Jednak tutaj napotkali na bohaterski opór strony polskiej, składającej się w dużej części z ochotników - przeważnie młodych chłopców, mających po 16, 17 lat, gimnazjalistów i licealistów. Wielu z nich po raz pierwszy pod Ossowem użyło karabinu i oddało swój pierwszy strzał. W związku z tym możemy sobie wyobrazić, że gdy na samym początku przyszło im zmierzyć się z wrogiem, to zapanowała wśród nich wielka panika i przerażenie. Stąd też tak ważna jest tutaj postać księdza Ignacego Skorupki i to, co on uczynił. Jako kapelan mógł być na tyłach. Jednak poprosił swojego dowódcę, aby mógł razem z żołnierzami w czasie natarcia być na pierwszej linii, oczywiście nie z karabinem w ręku, tylko z krzyżem. Podczas tego natarcia biegł kilkaset metrów, po czym został trafiony w głowę i padł martwy. Trzeba zaznaczyć, że to nie było natarcie, które przyczyniło się do ostatecznego zwycięstwa. Jednak ta postawa księdza kapelana wlała wielką odwagę i męstwo w serca młodych żołnierzy. I nie ulega wątpliwości, że ta postawa, to świadectwo 27-letniego księdza przyczyniło się w pewnym stopniu do zwycięstwa Polaków pod Ossowem.
To zwycięstwo miało wymiar symboliczny...
- Było to pierwsze zwycięstwo Armii Polskiej w ramach Bitwy Warszawskiej i obrony Warszawy. Stało się symboliczne także dlatego, że tam, w Ossowie, zginął charyzmatyczny i bohaterski kapelan ks. Ignacy Skorupka. Miejsce jego śmierci jest niesłychanie ważne dla Polaków i zachowane po dziś dzień. Upamiętnia je stojący duży krzyż. Warto zwrócić uwagę, iż Ossów jest o tyle charakterystyczny i symboliczny, że my najczęściej znamy Bitwę Warszawską właśnie z tych wydarzeń, które rozegrały się pod Ossowem, chociażby z obrazu Jerzego Kossaka. Widzimy na nim uderzające wojska polskie, w centrum postać ks. Ignacego Skorupki, który z krzyżem w ręku prowadzi żołnierzy do ataku i zwycięstwa. Nad nimi postać Matki Najświętszej, która roztacza płaszcz swojej opieki nad polskimi żołnierzami.
Ossów jest o tyle jeszcze ciekawym miejscem, że żołnierze polscy, którzy tam polegli - ok. 300, zostali pochowani na polu bitwy. Z tego powodu jest to jedyny tego rodzaju cmentarz wojskowy z 1920 roku. Inni żołnierze, którzy polegli w czasie wojny polsko-bolszewickiej, byli chowani na cmentarzach publicznych, parafialnych, tak jak tutaj, w okolicy Ossowa - Kobyłce czy Radzyminie.
Jakie zatem ślady nam zostały po tamtych wydarzeniach?
- To są wspomniane groby żołnierzy - dziewięć dużych zbiorowych mogił. W centrum tych dziewięciu grobów znajduje się obelisk, który został postawiony w 1923 roku. Na górnej części obelisku wznosi się krzyż, a poniżej orzeł ze skrzydłami rozpiętymi do lotu. Pod nim napis: "Siedemkroć odpieraliśmy hordy bolszewickie i tu padliśmy u wrót stolicy. A wróg odstąpił...".
W roku 1928 nieopodal cmentarza została zbudowana maleńka kaplica. Pierwotnie mogła zmieścić kilkanaście osób, a w tej chwili stanowi ona prezbiterium większej kaplicy, która została rozbudowana w roku 1982. Przed murem cmentarnym stoi pomnik wspomnianego gen. Hallera. Trzeba też wymienić pomnik Sługi Bożego Ojca Świętego Jana Pawła II, który chciał w 1999 przybyć do Ossowa, gdy był w Radzyminie, jednak to się nie udało. Helikopter z Papieżem na pokładzie pojawił się na Ossowem i Ojciec Święty udzielił swojego błogosławieństwa temu miejscu. To jest to, co pozostało w Ossowie.
To miejsce przez całe lata PRL było zaniedbywane...
- Poczynając od roku 1945, wszystkie działania zmierzały do tego, aby to miejsce, cmentarz, kaplica uległy zniszczeniu i zapomnieniu. Wszystko dlatego że - jak wiemy - funkcjonował oficjalnie sojusz polsko-radziecki i takie miejsce było dla władz komunistycznych niewygodne. Bitwa Warszawska i to, co z nią związane, zostało skazane na zniszczenie i zapomnienie. Stąd też kaplicę i cmentarz włączono w teren poligonu wojskowego. Nie wolno było tam przebywać osobom cywilnym i opiekować się cmentarzem. W tym czasie uległa zniszczeniu i dewastacji w dużej części kaplica. Przez kilkadziesiąt lat nikt się grobami otwarcie nie zajmował. Jedynie okoliczni mieszkańcy pod osłoną nocy przybywali tam i próbowali opiekować się tym cmentarzem. Bohaterstwo tych ludzi trzeba podkreślić, gdyż za to, co robili, groziły sankcje.
Wiele zmieniło się pod koniec lat 70. W roku 1978 ówczesny proboszcz z Kobyłki ksiądz prałat Kazimierz Konowrocki rozpoczął starania, żeby kaplicę i cmentarz wyłączyć z terenu poligonu, co się wkrótce udało. Wówczas, na początku lat 80., została powiększona kaplica, która w dalszej swojej historii mogła służyć zawsze wiernym jako miejsce udziału w niedzielnej Eucharystii. Natomiast od maja 2008 roku kaplica służy nowo utworzonej parafii w Ossowie, społeczności, która liczy ok. 700-800 wiernych.
Czy ta niewielka wspólnota parafialna jest w stanie na tyle wesprzeć narodowe sanktuarium w Ossowie, aby można je było nie tylko utrzymać, ale też zapewnić mu rozwój?
- Niestety, w ostatnich latach było wiele kradzieży i włamań do kaplicy. Została m.in. skradziona kopia obrazu Jerzego Kossaka, zostały skradzione i zniszczone żyrandole, skradziono instalacje odgromnienia i ocynkowaną blachę z dachu kaplicy, co przyczyniło się do zalania stropu, zniszczenia tynków i elewacji. Miejscowi parafianie włączają się całym sercem w pracę, służą pomocą i poświęcają na to swój czas, ale nie mają wystarczających środków, żeby dokonać remontu kaplicy. W tej chwili trzeba wymienić okna i drzwi, bo są skorodowane. Należałoby też z zewnątrz, jak i wewnątrz odnowić kaplicę. To przekracza możliwości parafian. Chociaż kaplica jest niewielka, to jest też niewiele osób, które mogłyby się zaangażować w jej remont. Stąd też uprzejma prośba do wszystkich ludzi dobrej woli o wsparcie niezbędne do utrzymania i rozwoju narodowego sanktuarium w Ossowie.
Jak Ksiądz wspomniał, w bitwie pod Ossowem przeciw bolszewikom stanęli bardzo młodzi Polacy, o czym świadczą chociażby napisy na ich grobach... Czy zatem Ossów nie jest miejscem, które powinno być częściej nawiedzane, szczególnie przez młode pokolenie, aby tam uczyło się ono miłości do Ojczyzny, miłości ofiarnej?
- Na pewno. Zdarza się, że przyjeżdżają uczniowie z nauczycielami na cmentarz wojskowy w Ossowie, na lekcje historii, ale także i lekcje patriotyzmu. Wydaje się jednak, że częstotliwość przyjazdu tych młodych osób, uczniów, rzeczywiście jest jeszcze zbyt mała. Być może niewielu nauczycieli się w to angażuje, aby organizować tam takie lekcje. Warto zatem zaapelować do wychowawców klas, szczególnie może szkół warszawskich i podwarszawskich, o zainteresowanie się tym miejscem.
Warto też tu wspomnieć o inicjatywie diecezji warszawsko-praskiej. Każdego roku we wrześniu odbywa się w Ossowie zlot młodzieży z całej diecezji. W miejscu bitwy i bohaterskiej śmierci młodych polskich żołnierzy współczesna młodzież może uczyć się miłości do Boga i Ojczyzny.
Na pamiątkę Cudu nad Wisłą Ossów jest miejscem uroczystości dziękczynnych. Jak przebiegać one będą w tym roku?
- Poczynając od pierwszej rocznicy bitwy, od roku 1921, miejscowa ludność, ale nie tylko, spontanicznie gromadziła się, aby poprzez udział w uroczystej Eucharystii dziękować Bogu za to cudowne zwycięstwo i podziękować Matce Bożej Zwycięskiej za opiekę. W tym roku tradycyjnie, już po raz 88., będziemy gromadzili się w Ossowie na takiej uroczystej Eucharystii. Obchody rozpoczną się już dzisiaj, 14 sierpnia, o godz. 21.00. Odbędzie się uroczysty Apel Poległych przy krzyżu, który upamiętnia bohaterską śmierć ks. Ignacego Skorupki. Natomiast centralnym punktem uroczystości będzie sprawowana przez ordynariusza diecezji warszawsko-praskiej ks. abp. Henryka Hosera jutro, 15 sierpnia, o godzinie 11.00 uroczysta Msza Święta polowa. Dzień później, 16 sierpnia, o godzinie 18.00 w kaplicy zostanie odprawiona Msza Święta w intencji poległych żołnierzy w 1920 roku. Serdecznie zapraszam na te uroczystości.
Dziękuję za rozmowę. |
| |
|
|